
Jeszcze kilka lat temu Poznań nie istniał na żużlowej mapie Polski. Gdyby ktoś cztery lata temu powiedział, że w 2008 roku tytuł Indywidualnego Mistrza Polski zdobędzie zawodnik, startujący w klubie z Poznania, nikt by nie uwierzył. Gdyby ktoś cztery lata temu powiedział, że wicemistrzem Polski Młodzieżowców zostanie zawodnik, broniący poznańskich barw, wielu z nas potraktowałoby to jako żart.
Nie będę wymieniał reszty sukcesów, które odnieśli zawodnicy z poznańskiego PSŻ-u w kończącym się sezonie, bo wszyscy wiemy, o jakie chodzi oraz to, że na wszystkie zasłużyli.
Jeśli miałbym kogoś wskazać, jako objawienie sezonu 2008 to osobiście zaproponowałbym właśnie drużynę PSŻ-u Milion Team Poznań. Przed sezonem mało było takich, którzy by stawiali na wspomnianą ekipę. A jednak. „Skorpiony” napsuły sporo krwi głównym faworytom, pokonując ich na własnym torze, z czego niezmiernie cieszyli się kibice. Nagrodą za wspaniałą jazdę było czwarte miejsce w pierwszoligowej tabeli, co można uznać za spory sukces.
Jednak nie o wynikach chciałem teraz pisać, ale bardziej o atmosferze, która panuje podczas zawodów żużlowych w Poznaniu. Zupełnie innej od tej, którą widzimy na pozostałych stadionach.
Pierwszy raz do Poznania, na zawody żużlowe wybrałem się, na początku sezonu 2008, kiedy to organizowano turniej z okazji piętnastolecia Adama Skórcnickiego na torach żużlowych. Pamiętam, że nie było łatwo dotrzeć na stadion. Znajomi mówili, że droga jest skomplikowana, ale nie myślałem, że aż tak. Gdy tak przemieszczałem się drogą wskazaną przez owych znajomych w stronę Golęcina byłem pewny, że trafię bez problemu. Jednak, gdy znalazłem się w jakimś dziwnym lesie, czy może bardziej wyglądało to na park, pomyślałem sobie, że chyba nie tędy droga. Myślałem, że zaraz wyląduję w jakimś szczerym polu i zamiast zawodów żużlowych będę podziwiał piękną przecież polską przyrodę. Zatrzymałem się i zapytałem przechodnia, jak najszybciej dotrzeć na stadion żużlowy. Oczywiście Poznań – miasto studenckie, więc jak pytałem młodych „uczonych” to mało kto wiedział o co mi chodzi, więc musiałem szukać kogoś w wieku „postudenckim”, kogoś kto by wyglądał na „tubylca” a nie podobnie jak ja – na przyjezdnego. Znalazłem osobę miejscową i okazało się, że jestem... kilkadziesiąt metrów od stadionu. Zmierzałem, więc w dobrym kierunku. Słyszałem, że obiekt na Golęcinie jest pięknie położony, ale nie myślałem, że w tak fantastycznej okolicy. Spory kawałek od centrum. Otoczony drzewami, ciszą i spokojem.
Położenie stadionu rewelacyjne. Niestety gorzej jest z jego stanem technicznym. Można powiedzieć, ze stanu technicznego tam nie ma. Połamane ławki a do nich przykręcone wymagane, obowiązkowe plastikowe krzesełka.... Trwają prace nad tym, by obiekt przeszedł w ręce miasta. Jednak do tego czasu nie można nic na nim zmieniać. Jak powiedział Jacek Dreczka, który prowadzi jako spiker zawody w Poznaniu (oraz Gorzowie): - Nie można naprawiać nie swojego samochodu, bo właściciel może sobie tego nie życzyć..
I ma rację. Pozostaje mieć nadzieję, że sprawa ta szybko się wyjaśni i stadion w Poznaniu będzie jednym z najładniejszych, a przynajmniej takim, na którym z jeszcze większą przyjemnością będziemy oglądać speedway.
Jednak, co mnie najbardziej zdziwiło? Atmosfera, jaka panuje tam podczas zawodów. Spodobała mi się ona już podczas wspomnianego turnieju, jednak wtedy podchodziłem do niej sceptycznie. Z dystansem. Wszak był to turniej towarzyski, kibice przyszli zobaczyć ciekawą imprezę. Nagradzanie wszystkich zawodników brawami po każdym biegu mnie nie dziwiło...
Na kolejną wizytę w Poznaniu nie czekałem długo. Pojawiłem się tam już na kolejnych zawodach. Był to mecz miejscowej ekipy z drużyną Gdańską. Byłem przekonany, że o atmosferze, jaka panowała w trakcie turnieju „Skóry” można zapomnieć. Otóż nic bardziej mylnego. Atmosfera meczu ligowego, o cenne ligowe punkty nie różniła się niczym od tej, z „luźnego” turnieju. Zgromadzeni kibice oklaskami nagradzali zarówno zawodników swoich jak również gości. Trochę mnie to zdziwiło, trochę zamurowało. Ale strasznie się podobało. Było jakoś inaczej niż w Gorzowie (stąd pochodzę), niż w innych miastach – Częstochowie, Wrocławiu bądź Tarnowie. W Poznaniu było (jest)... normalnie. Ostatnie wyścigi wszyscy oglądają na stojąco, nagradzając wszystkich zawodników bez względu na wynik. Nikt nie szczędzi braw, dla jednych i drugich.
Atmosfera przypomina tą z angielskich torów, gdzie kibice przychodzą spędzić miło wieczór, poczuć zapach metanolu, zjeść kiełbaskę, a na koniec spotkać się z głównymi aktorami, którzy zawsze wychodzą po piętnastym wyścigu do publiczności.
Takie, a nie inne, podejście poznaniaków do speedway`a w dużej mierze jest zasługą wspomnianego wyżej Jacka Dreczki, który po reaktywacji żużla w tym mieście prowadzi spikerkę na Golęcienie. Jego dystans do tego sportu udziela się również widzom, którzy nie wywierają presji na zawodnikach. Nie oczekują wielkich sukcesów, bo wiedzą, że rozsądnie prowadzony klub jest skazany na sukces, prędzej czy później. W mijającym sezonie klub z Wielkopolski zajął bardzo dobre czwarte miejsce w pierwszoligowej tabeli i niewątpliwie wszyscy są z tego faktu bardzo zadowoleni. Daleko tu jeszcze do ekstraligowej organizacji, jest jeszcze sporo do zrobienia. Jednak pocieszające jest to, że mimo braku wielkich pieniędzy, osoby, które pracują podczas organizacji imprez starają się robić to jak najlepiej potrafią...
I co najważniejsze? W Poznaniu próżno szukać zawodników zagranicznych. Ekipa złożona jest z Polaków, którzy nie znaleźli miejsca w innych klubach. Okazało się, że są to dobrzy zawodnicy, którzy znakomicie jeżdżą na żużlu, co wiele razy udowodnili.
Jak będzie w sezonie 2009? Mam nadzieję, że nadal... po polsku, normalnie.