Mamy koniec roku, a więc czas podsumowań. W kategorii najczęściej powtarzane słowo bez wątpienia wygrywa "kryzys". Tym razem nie będzie jednak o upadających bankach, pikujących w dół indeksach giełdowych czy spadających cenach mieszkań. Będzie o kryzysie żużlowym w Wielkiej Brytanii.
Jeszcze parę lat temu wszyscy uważali, że Elite League to najlepsza liga na świecie. Zawodnikom nie przynosiła ona wspaniałych pieniędzy, jednak dawała szkołę życia - tj. uczyła techniki jeżdżenia, oferowała zaznajomienie się z diametralnie innymi torami. W efekcie zawodnicy gnali na Wyspy, a tylko nieliczni z nich rezygnowali, jak chociażby nasz Tomasz Gollob.
Jednak od pewnego czasu zmienia się mentalność żużlowców. Już w minionym sezonie próżno było szukać w Elite League takich zawodników jak Nicki Pedersen, Greg Hancock, Rune Holta czy wspomniany wyżej Gollob. Ta grupa zawodników pierwsza doszła do wniosku, że objazdowy tryb życia po Europie na dłuższą metę jest bez sensu. Zaliczenie na Wyspach ok. czterdziestu spotkań rocznie plus rozgrywki w Szwecji, Polsce i zawody Grand Prix to za dużo. Brak jazdy w Anglii sprawia, iż zawodnicy nie mogą narzekać na przemęczenie. Być może właśnie ta świeżość sprawiła, iż w w tym roku Pedersen, Gollob i Hancock skończyli cykl GP na czołowych w miejscach? Nie wiadomo. Wiemy jednak, że za tymi zawodnikami podążają kolejni. W roku 2009 nie zobaczymy Jasona Crumpa, Hansa Andersena oraz Andreasa Jonssona, czyli kolejno drugiego, piątego i siódmego zawodnika SGP 2008. Z jazdy na Wyspach rezygnują także miejscowi zawodnicy, jak Scott Nicholls. Blisko podjęcia podobnej decyzji był także Lee Richardson. Jednak w przypadku Lee o pozostaniu w Elite League zadecydował fakt, iż kryzys przechodzi także liga rosyjska.
Kto z Grand Prix w przyszłym roku pojedzie w Anglii? Najprawdopodobniej czterech zawodników: Adams, Lindgren, Harris i Bjerre. Jeszcze kilka lat temu nikt nie uwierzyłby tej statystyce, jednak świat się zmienia. Co sprawia, iż zawodnicy rezygnują z Elite League? Nie ma się co oszukiwać, iż zabójcza jest liczba imprez do odjechania. Drużyna z Elite League, razem z sparingami i meczami pucharowymi, do rozegrania ma ok. pięćdziesięciu spotkań. Dodatkowo bardzo często kolidują one z innymi ligami, ważnymi imprezami międzynarodowymi. To sprawia, iż zawodnik dociera na kolejne zawody w innym kraju na "ostatni dzwonek" lub też nie dociera wcale. Ponadto działacze BSPA, mimo natłoku imprez, bardzo surowo traktują żużlowców, którzy mają "czelność" odpuścić sobie mecz w Anglii. Najlepiej podać tutaj przykład Jarosława Hampela, który w minionym sezonie otrzymał kilkunastodniowy zakaz startów w Elite League, gdyż opuścił jedno ze spotkań Ipswich Witches. A wszystko przez to, iż w tym samym czasie w Polsce miał jechać w półfinale Speedway Ekstraligi.
Czy na Wyspach prowadzone są jakieś działania w celu odzyskania gwiazd z GP? Na razie ich nie widać. Wprawdzie niektórzy promotorzy po cichu mówią, iż może warto byłoby zmniejszyć liczbę spotkań, bo kibic nie chce oglądać cztery razy w sezonie tej samej drużyny gości na swoim stadionie. Jednak takie głosy, jeśli się pojawiają, to są w mniejszości. Są też bowiem tacy, którzy twierdzą, iż w tym roku, dzięki nieobecności Pedersena i paru innych "gwiazdek", liga była mocniejsza. Pytanie, na ile takie twierdzenie jest prawdziwe? Czy kibice wolą oglądać w akcji Jamesa Brundle'a czy gwiazdę cyklu Grand Prix?
Jednym (jedynym?) z pozytywnych objawów kryzysu jest eliminacja z rynku elementów słabych. Być może właśnie takim elementem jest Elite League? Jednak, aby nie było tak różowo, popatrzmy na sytuację w Szwecji. Tam także w minionym sezonie parę klubów ledwo uszło z życiem, w stanie upadłości znajduje się klub z Avesty. W tej sytuacji należy sobie zadać pytanie - czy dojdzie do sytuacji, w której jeden zawodnik reprezentuje jeden klub? Tak jak ma to od lat miejsce w piłce nożnej, siatkówce, koszykówce, itd. Nierealne? Parę lat temu nierealne też było, iż najlepsi żużlowcy świata zrezygnują z Elite League.