Od kilku dni temat renegocjacji kontraktu Nickiego Pedersena nie schodzi z nagłówków serwisów żużlowych. Duńczyk nie zgodził się obniżenie zarobków w Częstochowie i tym samym pojawiły się dwie opcje. Do pierwszej zaliczają się kibice, którzy są zdania, iż dla Pedersena liczy się tylko kasa. Drudzy za obecną sytuację winią prezesa Maślankę, który nie mając umowy z sponsorem, podpisywał wirtualne kontrakty.
Która z opcji ma rację?
Popatrzmy najpierw na sytuację oczami zawodnika. Zima, kluby przebijają się w ofertach i podbijają stawkę do granic maksimum (i to nie tylko w przypadku Pedersena). Czemu zawodnik ma nie korzystać z głupoty prezesów, którzy nie potrafią powiedzieć słowa "stop"? A pamiętajmy, że umowa to rzecz święta. Tor to miejsce pracy dla żużlowców. Jak czułby się ktoś z nas, gdyby po przyjściu do pracy okazało się, iż szef obcina nam zarobki o połowę? Pewnie także szukalibyśmy nowego miejsca pracy, co właśnie czyni Pedersen. Co więcej, Duńczyk to jeden z najlepszych zawodników świata. Średnio w lidze zdobywa w każdym spotkaniu około 13 punktów. Posiadanie w składzie takiego lidera kosztuje. Tymczasem prezes Maślanka, chcąc obniżyć pensje Pedersena o połowę, przybliża go zarobkami, powiedzmy do Daveya Watta, który w pierwszej kolejce sezonu dla wrocławskiego Atlasu zdobył 6 punktów. W tej sytuacji coś tu jest nie tak.
Od lat uważałem, iż Marian Maślanka to jeden z lepszych działaczy w polskim speedwayu. Włókniarz przez kilka kolejnych lat znajdował się w czołówce Ekstraligi, nie dało się słyszeć o jakichkolwiek problemach finansowych klubu. Jednak teraz muszę swój pogląd zmienić. Tak naprawdę w momencie kryzysu, gdy nad "Lwami" istniało ryzyko zbudowania kiepskiego składu, zaczął wydawać wirtualne pieniądze. Rozumiem, że były zapewnienia od firmy Cognor, iż wesprze klub pewną kwotą. Jednak nie było to zadeklarowane na piśmie. Maślanka, jako dobry działacz, powinien w tamtym czasie domagać się podpisania umowy z sponsorem. Tym bardziej, iż wiedział że panuje kryzys gospodarczy i sytuacja firmy może się pogorszyć z dnia na dzień. Można było zawrzeć umowę w złotówkach, można było w kontrakcie zapisać według jakiego kursu euro będzie wypłacana pensja żużlowca. Można było zrobić wiele rzeczy. Tymczasem prezes "Lwów" wolał podpisać wirtualne kontrakty, a kilka dni przed ligą postawił żużlowców pod murem - podpisujecie niższe kontrakty albo nie pojedziecie. Gdyby w zimie ogłosił, iż nie ma pieniędzy na Hancocka czy Pedersena, to pewnie każdy z nich znalazłby sobie odpowiedni kontrakt w innym klubie. Tymczasem teraz większość klubów ekstraligowych zbudowała już składy i miejsca dla tej dwójki w nich brakuje.
Warto jednak zwrócić uwagę, iż ciągłe przebijanie propozycji kontraktowych, sprawiło że Polska jest dla żużlowców niczym El Dorado. To tutaj mogą zarobić krocie, których nie ma na Wyspach ani w Szwecji. Myślałem, że kazus Pedersena sprawi, iż prezesi pójdą po rozum do głowy. Pedersen w tym roku nie wystartuje w Polsce, skończy się czas podbijania stawek, a zawodnicy będą zarabiali mniej więcej tyle samo ile w innych ligach. Nic z tego. Ledwo Pedersen zaczął szukać pracodawcy i zgłosił się po niego nowy chętny - Marma Hadykówka Rzeszów. Pomyśleć, iż "Żurawie" myślą o zakontraktowaniu aktualnego IMŚ, choć jeszcze kilka miesięcy temu obawiano się, iż speedway w tym mieście przestanie istnieć! Należy przypuszczać, że Marta Półtorak (od której podobno zaczęło się podbijanie stawek) dopnie swego i Pedersen znów wyląduje na Podkarpaciu. Tym samym "Power" znajdzie kolejnego naiwnego, który zapłaci mu grube miliony. Status quo będzie utrzymany, za rok znów będzie można prosić o podobną kwotę. Tym bardziej, iż być może poprawi się koniunktura w gospodarce.
Tak więc drodzy prezesi, licytujcie się dalej. Później powiecie, że zawodnicy są źli, bo nie chcą mniejszych kontraktów. A w ramach narodowego oszczędzania, po drodze zlikwidujcie kolejne rozgrywki dla juniorów, robiąc kolejny krok ku upadkowi polskiego żużla.