Dziś nie będzie o sporcie, jako o czysto konkurencyjnej dziedzinie życia. Chciałbym zwrócić Waszą uwagę na coś zupełnie innego. Coś co dosięga nasz piękny czarny sport coraz bardziej. I niestety psuje go. Felieton ten ma za zadanie, nie tyle, co poruszyć Was do działania, ale dać jedynie do myślenia. Szerzej otworzyć oczy na pewne sprawy. Skupię się na przykładzie jednego klubu, bowiem jest mi on najbliższy. Zarazem będzie, to przestroga dla kibiców innych teamów żużlowych, by uważali na to, co robią właściciele ich ukochanych klubów. Zaczynajmy więc...
Żużel w naszym kraju jest nadal niedoceniany. Pomimo, że posiadamy najlepszą ligę na świecie, co roku osiągamy sukcesy na arenie międzynarodowej, to i tak nie potrafimy do końca przekonać większości, iż speedway jest naprawdę piękną dyscypliną. Jednak powoli, coraz więcej znanych osób zaczyna interesować się żużlem. Największe firmy chcą być sponsorami, znane osobistości pojawiają się na stadionie, by zobaczyć czy warto zainwestować w dany klub, czy chociażby danego zawodnika.
Wszystko się rozwija i to cieszy. Jednak niestety, pewne osoby wykorzystały, rosnące zainteresowanie w sposób, jaki mnie niezwykle irytuje. Chodzi mi o sytuację, jaka kilkakrotnie zdarzała się w Łodzi, podczas meczów tutejszego Orła. Jest to klub, któremu kibicuje ponad 10 lat. Dla przypomnienia dodam, że pod obecną nazwą funkcjonuje dopiero od 2005 roku. Od czterech lat rodzina państwa Skrzydlewskich, a właściwie senior rodu, pan Witold, oraz jego córka pani Joanna, która jest honorowym prezesem zespołu, próbują stworzyć profesjonalny klub, który będzie walczył o najwyższe cele. I tak naprawdę do tego sezony wszystko szło w miarę nieźle. Klub pomimo pewnych problemów i pecha, starał się awansować. W tym roku, ta sztuka miała łodzianom udać się po raz pierwszy, po ośmiu latach rozłąki z pierwszą ligą. W momencie, kiedy to piszę (jest 15 października), Orzeł startuje w barażach i czeka go rewanżowe spotkanie, z GTŻ Grudziądz. Jednak, jak już wyżej napomniałem, nie same rozgrywki są tu najważniejsze.
To, w jaki sposób pan Witold wykorzystał klub, do celów politycznych zakrawa, o chłostę! Rozumiem, że bez pomocy miasta, ciężko jest utrzymać samemu zespół, ale nie można też przesadzać. Znane osobistości mogą przyciągać sponsorów, oczywiście. Naturalnie same, te osobistości mogą dużo zdziałać. Ale na Boga! Nie róbmy z klubu "dupolizów"! Bo jak inaczej można nazwać to, co Witold Skrzydlewski robił? Zapraszanie na każde spotkanie Włodzimierza Tomaszewskiego i wychwalanie go pod niebiosa, podarowanie drużynowego kevlaru i podlizywanie się mu na wszelkie możliwe sposoby, wyglądało tak żałośnie i tak sztucznie słodko, że aż rzygać się chciało. Miało to oczywiście swoje cele. Robienie z wiceprezydenta Łodzi tak wspaniałej osoby zaczęło się w nieprzypadkowym momencie, a mianowicie zaraz po tym, gdy w mediach zaczęto trąbić, o przedwczesnych wyborach na nowego prezydenta miasta Łodzi. Zbieg okoliczności? Jakoś nie chce mi się wierzyć. Oczywiście, pan Włodzimierz zadbałby o to, by Orzeł dostał większą dotację od miasta (dlaczego nie można tego zrobić, w normalny sposób, jak w innych miastach?), bo dzięki głosom kibiców, wygrałby wybory.Natomiast Witold Skrzydlewski zyskałby kolejnego sojusznika i umocnił swą pozycję w mieście.
Wszystko extra, super, fajnie, czy jak mawia dzisiejsza młodzież: git majonez. Tyle, że tego majonezu trochę jednak za dużo. Równie mocno nie spodobało mi się zachowanie zarówno pani Joanny, jak i pana Witolda, po przegranym dwumeczu ze Speedwayem Miszkolc. Rozumiem, że byli oni rozczarowani porażką, ale początkowy zamysł o oddaniu baraży walkowerem i myśl o porzuceniu żużla i to w takim momencie, była zarówno dla żużlowców, jak i przede wszystkim dla kibiców, jak cios poniżej pasa. I to cholernie mocny cios, wymierzony z premedytacją. Szkoda tylko, że pani Asia, która jest bardzo sympatyczną osobą nie zapamiętała, dzięki komu dostała się do euro parlamentu. Gdyby nie kibice Orła, to nikt w Łodzi, by jej nie znał. I taka jest smutna prawda. Pomysł pana Witolda: dam córce klub żużlowy, niech się wypromuje na salony, a potem jak będzie źle to kopniemy kibiców i żużlowców w dupę, zasługuje na specjalną nagrodę. Nagrodę... Największego chamstwa. Zasłanianie się, że zawodnicy słabo spisali się w finale? Można, a nawet trzeba, było wzmocnić skład na play-offy, a nie z wyższością patrzeć na inne ekipy. Wina nigdy nie leży po jednej ze stron. I gdyby nie apel wspaniałych kibiców łódzkiego klubu, to pewnie do baraży, by nie przystąpiono. Szkoda tylko, że to właśnie głównie z zawodników i trenera Ruteckiego, robi się kozły ofiarne. Pani Joanno, Panie Witoldzie. Czasami należy posypiać głowę popiołem i przyznać się do błędów.
Apeluję, więc, o to z całych sił, by rzeczy, które opisałem powyżej, w przyszłym sezonie nie miały miejsca. Kibiców nie obchodzi, że na stadionie zasiadł pan Y czy pani X. Nie, ich obchodzić jak startują ich ulubieńcy. To dla ,, rycerzy czarnego sportu” przychodzą oni na stadion. I pamiętajcie o tym. A swoje prywatne sprawy, można załatwiać, jak sama nazwa wskazuje, prywatnie. Bo gdyby nie fani, to pani Joanny nigdy by w euro parlamencie nie było, a pan Witold pieniędzy, by nie miał. Uszanujcie, więc kibiców i dajcie im to, czego pragną. Czyli czysto sportową rozrywkę. Bez polityki i podlizywania się. Proszę, a wręcz wymagam tego, nie tylko, jako dziennikarz, ale również, jako kibic.
Także drodzy kibice. Jeśli zauważycie, że w Waszym klubie dzieje się sytuacja podobna, nie pozwólcie na to. Miejcie gdzieś kary za transparenty i okrzyki. Powiedzcie wprost (oczywiście kulturalnie, bo nie wolno zamieniać torów żużlowych w bazary), że nie podoba Wam się to. Może wtedy, uda nam się wspólnie odpędzić plagę, która zawitała na stadiony, a która zwie się polityką.
Jakub Kacprzak