
Wczoraj (piszę ten felieton 5 grudnia) Jacek Gollob poinformował na swej stronie, że postanowił zakończyć karierę. Co ciekawe informacja ta nie wywołała żadnego zainteresowania w żużlowym światku. A przecież z żużlem żegna się dwukrotny Indywidualny Mistrz Polski. Człowiek, który aż siedem razy zdobywał złoty medal DMP. Czemu więc odchodzi po cichu, bez żadnego pożegnalnego meczu, oficjalnego bankietu? Dlaczego nikt nie zainteresował się, by podsumować jego dorobek i docenić to, czego dokonał?
Odpowiedź jest bolesna… Bolesna dla samego jeźdźca. Głównym powodem tego, że bydgoszczanin nigdy nie był na piedestale i nikt zbytnio się nim nie interesował, był jego brat. Wielki Tomasz Gollob. I prawdę mówiąc nie dziwię się, że Jacek zakończył karierę. Bardziej zastanawia mnie jak silnym psychicznie jest człowiekiem. Przez całą swoją karierę musiał słuchać, jak wielce uzdolnionego ma brata, że Tomasz jest najlepszym polskim żużlowcem w historii, że Tomasz zdobywa medale Mistrzostw Świata, że Tomasz to, Tomasz tamto. Ja bym się wnerwił, ale starszy z braci Gollobów postanowił iść powolutku w cieniu brata. I tak mu została do końca kariery, a pewnie zostanie i do końca życia. Patrząc na biografię 40-letniego żużlowca, można zauważyć jedną rzecz. Jego mottem życiowym mogłoby być: co by się nie wychylać. Jacek zawsze wolał pozostawać w cieniu Tomasza, co nie wyszło mu do końca na dobre. Przez większość kibiców będzie pamiętany jako doklejający się do sławy lepszego brata. I nie ma co ukrywać. Jest w tym sporo prawdy. Gdy Jackowi szło kiepsko, a Tomek podpisał kontrakt w Unii Tarnów, to młodszy Gollob postanowił pomóc bratu i od razu ściągnął go do Tarnowa. Zastanawialiście się, czemu przez większość kariery jeździli razem w jednym zespole? Nigdy oficjalnie się tego nie mówiło, ale Jacek nie dawał sobie rady sam, dlatego też pieczę nad nim sprawował młodszy z rodzeństwa, Tomasz.
A w życiu już tak jest, że albo jest się bohaterem i pamiętają o Tobie wszyscy, nawet po tym jak zejdziesz ze sceny, albo jesteś nikim i nikt o Tobie nie pamięta. Nie ma nic po środku, dlatego też Jacek Gollob raczej nie będzie wspominany przez fanów.
Gdy Jackowi nie szło, Tomasz zawsze pociągnął go za sobą i jakoś wszystko wychodziło. Widać to wyraźnie na przykładzie, gdy obaj panowie przestali występować w jednych barwach. Tomek był niekwestionowanym liderem, a Jacek? Dwukrotny złoty medalista IMP prezentował się średnio. To w pewien sposób pomaga zrozumieć, dlaczego wokół Jacka nigdy nie działo się zbyt wiele. Cała uwagę przykuwał Tomasz. A to pozwalało starszemu z rodzeństwa żyć sobie spokojnie bez presji. Czy Jacek miał kiedykolwiek szansę przebić Tomka? Jest to mocno wątpliwe. Brakowało mu tej przebojowości i woli walki, co dwukrotnemu srebrnemu medaliście GP. Technicznie nie był zbyt dobry. Bazował na udanym starcie. Jeśli ten element wychodził mu dobrze, to wszystko szło w miarę nieźle. Niestety, gdy nie wyszedł spod taśmy dobrze, to brakowało mu już samozaparcia, by dogonić rywali. To też powodowało, że nigdy nie zaistniał na arenie międzynarodowej. Za granicą spędził zaledwie dwa sezony, oczywiście w klubie, w którym startował Tomek, czyli Vastervik. W cyklu Grand Prix wystąpił w zaledwie dwóch turniejach. W 1998 roku i rok później. Miał szansę startować po raz trzeci, gdyż w roli rezerwowego miał zastąpić swojego brata. Ale nie wystartował. Powód? Stwierdził, że miał za mało czasu na przygotowanie się. To idealnie pokazuje to, o czym pisałem wyżej. Jacek nie chciał się nigdy zbytnio wywyższać. Nie miał tak wielkich ambicji jak Tomek. Dla każdego żużlowca start w Grand Prix jest czymś wyjątkowym, w pewien sposób uhonorowaniem ich starań w rozgrywkach ligowych. Natomiast Jacek zrezygnował z tego. Jak więc podsumować karierę wychowanka Polonii Bydgoszcz? Niezbyt błyskotliwa, skupiona na tym, by trzymać się przy wielce utalentowanym bracie. Kilka przebłysków umiejętności. Typowy średniak, któremu czasami coś wychodziło.
Jakub Kacprzak