Kariera żużlowca nie jest usłana różami. Jak w każdym sporcie trzeba wiele wyrzeczeń by dojść na upragniony szczyt. Początki są trudne – szczególnie dla tych, którzy nie mają wyrobionego w środowisku nazwiska, a co za tym idzie odpowiednich finansów, sprzętu, możliwości częstszych treningów i wskazówek na starcie tak poważnej drogi życiowej. Jak poprowadzić swoją karierę tak, by po pewnym czasie konsumować słodkie owoce zwycięstwa, a nie gorycz porażki?

Wielu młodych chłopaków na tor żużlowy trafia już w pierwszych latach edukacji, jeszcze w szkole podstawowej. Najpierw na tory wielkości mini, gdzie dosiadają „80 i 125-tek”. Dźwięki wydawane przez małe motocykle przypominają bardziej ryk kosiarki niż profesjonalnej maszyny żużlowej.  Jazda  na nich jednak pozwala im na oswojenie się z prędkością, zaznajomienie z motocyklem, geometrią toru, podstawową naukę techniki jazdy. Chłopcy wtedy zaliczają pierwsze „pocałunki z bandą”, uślizgi, kontuzje, płacz z bólu. Najważniejsze wtedy dla nich jest wsparcie najbliższych i trenera. Nie udało Ci się dziś? Nie przejmuj się! Będzie lepiej! Przecież od początkującego kierowcy samochodu jeżdżącego na „elce” też nie wymagamy predyspozycji a’ la Fernando Alonso. Pora na pierwsze zawody miniżużlowe, radość z każdego pokonanego okrążenia, punktu, braku kontuzji. Czas pokazuje jak z dzieci zmieniają się w młodzież, od której tor wymaga logicznej i bezpiecznej jazdy czy umiejętności pokonywania własnych słabości. Walka o każdy centymetr na torze, radość wygranych, złość tych, którym się nie udało. Trening charakteru, wyrzeczeń, hierarchia wartości. Wycieczki od firmy do firmy w poszukiwaniu sponsorów, którzy zechcieliby wspomóc ich  często bardzo skromne fundusze. Ci, którzy je zdobędą, zainwestują w sprzęt przeważnie się udaje. Ci, którzy mają mniej szczęścia często kończą karierę już po okresie miniżużlowych emocji.  Przychodzi kolej na pożegnanie się z małymi silnikami i zamiany ich na profesjonalne motory. Niestety pieniądze często niszczą marzenia o jeździe na „500-tkach”.  Tych, którym się udało podkupują kluby startujące w polskich ligach, by szkolić ich na późniejszych juniorów.

15 lat – przychodzi pora na egzamin na licencje „Ż”. O powodzeniu decyduje tu w dużej mierze psychika przyszłego zawodnika, odporność na stres, pokaz umiejętności, znajomość teorii. Później niezliczone ilości treningów – już na dużym owalu. Nauka techniki, godziny majstrowania przy sprzęcie, dogranie się z nim. Pierwsze zawody juniorskie, kolejne zdobyte punkty, lecz i wypadki, złamania i pauzy w startach. Powroty po kontuzjach, praca nad zdrowiem fizycznym i psychicznym. Godzenie obowiązków wynikających z uprawiania sportu jak i tych związanych z edukacją. Liga. Sukcesy, porażki. Oceny kibiców – często zbyt surowe i krzywdzące. Wsparcie bliskich, pomoc klubu, ale czy dostateczna?

Możemy zatem zaobserwować 2 ścieżki: pierwsza z nich wiedzie przez pozyskanie sponsorów, zakup dobrego sprzętu, wymagającego, ale wyrozumiałego trenera, wsparcie najbliższych → błysk i kariera. Druga: brak finansów, wysłużony sprzęt, wypadek, niskie zdobycze punktowe, odstawianie od składu na zawody → koniec kariery.

Wielu z tych, którym z różnych względów się nie udało pracuje gdzieś w żużlowym zapleczu. Zajmują się pracą jako mechanicy, tunerzy czy doradcy innych zawodników, tych początkujących – tym samym kontynuują swoją przygodę z żużlem, ale już na inny sposób.

Trudno jest zatem rozpocząć karierę, która ma przynieść sukces bez odpowiednich nakładów finansowych i sprzętu, ciężkiej pracy, wyrzeczeń, systematycznych i długich treningów. Tylko to może sprawić, że teraz początkujący zawodnik być może w przyszłości stanie na najwyższym stopniu podium.

Kategorie i tagi: Kobiecym głosem, , , , ,