Urwany kciuk w rękawiczce.
- Chyba wtedy przywaliłem w płot i urwany kciuk został w rękawiczce. Potem mi go przyszyli w Szpitalu Kolejowym. Jest sztywny, ale własny – opowiada filigranowy Bolesław Gorczyca, jeden z najsympatyczniejszych żużlowców starej Sparty  Wrocław z lat 70. (jeździł całą tę dekadę), obecnie taksówkarz i wytrwały kibic, zalicza wszystkie turnieje GP!
Bolesław Gorczyca (dziś 65 lat, w Sparcie nazywaliśmy go „Kurczakiem”, bo gdy mu w czasie jazdy po torze wpadł kamień do oka, to potem biegał po parku maszyn i wołał, a raczej piszczał „o kurczę!):
– Tych kontuzji miałem jeszcze więcej np. niemal urwany staw barkowy, złamana szczęka, połamane żebra. Kiedyś Piotrkowi Bruździe nadziałem się swoją nogą na jego hak. Ależ to było rozcięcie! Na drugoligowy mecz w Gnieźnie pojechałem ze złamanym nadgarstkiem. Nasz klubowy lekarz dr Tadeusz Myczkowski, rozciął mi gips, dał dwa zastrzyki przeciwbólowe, zawinął bandażem, zaś ja dla niepoznaki nie ściągałem potem rękawiczki i… wygrałem cztery wyścigi. Taki był żużel, a zresztą zdrowia zawodników wtedy tak się nie kontrolowało jak dziś. O ochraniaczach na kręgosłup, ani innych, nikt wówczas nie słyszał, na głowę zakładało się byle jaki kask, dopiero potem sprowadzono ciut bezpieczniejsze Belle, lecz tylko dla kadrowiczów. Aha i jeszcze doznałem złamania kręgów szyjnych, gdy się z tobą zderzyłem w sali gimnastycznej podczas zimowych przygotowań do kolejnego sezonu – żali się Gorczyca..

*Sorry, Bolo.
– He, he, było, minęło.

 *Twoja kariera żużlowa zakończyła się w niecodziennych, kontrowersyjnych okolicznościach…
– Nie da się ukryć. Było tak:  Sparcie udało się przyśpieszyć przyznanie mi mieszkania spółdzielczego, na które czekałem w kolejce. Zapożyczyłem się więc po uszy, żeby je spłacić. W sumie miałem – jak pamiętam -280 tysięcy zł długu, a to wtedy był worek pieniędzy. Do tego żona i dwoje dzieci. No i za własne kupowałem bardziej markowe części do swego klubowego motocykla żużlowego, żeby mieć  lepsze wyniki na torze. Z taksówki nie miałem szans tego wszystkiego pokryć. W 1979 r. zdobyłem dla Sparty ponad sto punktów w lidze. Działacze klubowi obiecali mi więc wypłatę 100 procent premii za te punkty, a wtedy dostawaliśmy 80 zł za każde wywalczone „oczko”. Jakiś sekretarz partii do tego miał dołożyć mi talon samochód zastawę. Mógłbym  więc ją sprzedać i suma sumarum spokojnie pospłacać długi. Ale zostałem zrobiony w bambuko  i tych obietnic przez zimę nie zrealizowano. Czyli obudziłem się z ręką w nocniku. Wiosną, na początku sezonu  ’80,  jeszcze wystartowałem w jakichś zawodach indywidualnych, lecz rozżalony i zbuntowany, w piątek przed niedzielnym ligowym meczem z Rybnikiem we Wrocławiu napisałem do zarządu Sparty informację, że kończę karierę. Oni to pismo odrzucili i zapowiedzieli, że mam w tym spotkaniu wystąpić i już. Ale ja w niedzielę poszedłem w zaparte, czyli poszedłem sobie na trybuny. Spiker zawodów, zapewne na polecenie działaczy, groźnie wykrzykiwał coś pod moim adresem.  Zaraz potem zdesperowany wyjechałem do Niemiec do pracy, do Jurka Kota, też naszego byłego żużlowca. Później dowiedziałem się, że ktoś (jak sądzę, ze Sparty) na mnie nakablował i odpowiednie służby miały zatrzymać mnie na granicy, ale nie zdążyły.  Co się odwlecze, to nie uciecze. Zatrzymali mnie więc, gdy już wracałem do kraju w lipcu. Zabrali paszport i sześć godzin trzymali na granicy, jak jakiegoś przestępcę. We Wrocławiu zaś kazano mi oddać paszport, żebym mógł odebrać swój dowód osobisty. „Przecież odebraliście mi paszport!” – wykłócałem się. Ostatecznie więc zostałem bez żadnego dokumentu. Pamiętam, że wtedy napisałem skargę do Kiszczaka.  Poszedłem na trening wrocławskiej drużyny, którą wówczas prowadził Janek Chudzikowski. Powiedziałem, że mogę wrócić na tor i pomóc im obronić  się przed grożącym spadkiem. Ale w domu żona pokazała mi świeże pismo ze Sparty, z którego wynikało, że zostałem dożywotnio zdyskwalifikowany za odmowę startu we wspomnianym meczu z Rybnikiem.  W klubie zaczęli łagodzić sytuację, że „da się to jakoś odkręcić”, lecz ja już nie chciałem z nimi rozmawiać, skoro mnie tak potraktowali. Rozgoryczony, definitywnie zakończyłem karierę żużlowca – opowiada niemal już legendarny jeździec Bolesław Gorczyca. Spotkacie go już na najbliższym meczy Betardu Sparty Wrocław na Stadionie Olimpijskim.

Od emzety po dziadka Crumpa

„Bo jazda na emzecie
Jest najlepszą jazdą na świecie
A jazda na komarze
Powoduje inflację marzeń

Ja Ciebie wiozłem wtedy na baku
Gdyśmy wjechali w pole z buraków
A, że to były buraki pastewne
To jak nie wjadę, i jak nie glebnę!”

Tak śpiewała sobie Grupa Furmana. I właśnie na legendarnym motorze MZ Trophy 250, takim z białą lampą, którego dosiadali ówcześni milicjanci, Bolesław Gorczyca zdobył w 1970 roku tytuł turystycznego motocyklowego indywidualnego mistrza Polski w rajdach. Sparta Wrocław zaś wygrała drużynowo.
Bolesław Gorczyca: – W 1966 roku zapisałem się do sekcji rajdów motocyklowych Sparty, bo w żużlowej było zbyt wielu zawodników i chętnych do jazdy. Człowiek wtedy nawet nie myślał, że może się tam jakoś wkręcić. Dopiero, gdy zdobyłem turystyczne, motorowe mistrzostwo kraju, to ówczesny działacz klubu Leszek Łotocki, który jednocześnie prowadził ogólnorozwojówkę z żużlowcami, zaproponował mi, żebym dołączył do speedwayowców. I dołączyłem od nowego sezonu. W maju zacząłem treningi na torze w szkółce, na pierwszym treningu od połowy łuku jechałem ślizgiem. Do egzaminu na licencję zawodniczą nie leżałem ani razu! A licencję uzyskałem już w lipcu! W tym samym roku wsadzono mnie na rezerwę do ligowego składu Sparty, lecz nie pamiętam ile punktów wywalczyłem w debiucie. I naszego składu też za bardzo nie pamiętam: Adolf Słaboń, Konstanty Pociejkowicz, kończący karierę Bogdan Jaroszewicz, Zenek Kostka, Janek Michalak, Piotrek Bruzda…? Jeździliśmy wtedy na dwuzaworowych jawach i to bez tłumików! Sama rura była.

   *Od rajdowej emzetki, przez żużlową dwuzaworową jawę, po czterozaworówkę tzw. kwadraciaka, aż po Neil Streeta. Jak dziś pamiętam, że na treningi żużlowe dojeżdżałeś skuterem marki osa. Który sprzęt był najlepszy?
– He, he, dobre. Neil Street, czyli teść Phila Crumpa i dziadek Jasona, wyprodukował czterozaworową górę do silnika jawy. Powstała piekielnie szybka maszyna. Coś Robert Słaboń nie bardzo sobie z nią radził, więc klub przydzielił ją go mnie. Ten sprzęt z charakterystyczną „gitarą” z boku szedł jak burza. Rywale stali na starcie, a ja już byłem na łuku. W Grudziądzu pobiłem rekord toru, a w II lidze w  sezonie osiągnąłem bardzo wysoką średnią biegową – 2,44 pkt.! Potem tym Neil Streetem gdzieś przypakował, zdaje się, Rysio Jany i motor się skończył.

  *Potrafiłeś coś zrobić przy swoim  silniku?
– No coś ty! Nasz mechanik (i zarazem trener) Marian Milewski miał swoje tajemnice. On wtedy wyprzedził w żużlu epokę. Był prawdziwym tunerem. Wprowadzał swoje patenty, np. projektował i produkował krzywki swojego pomysłu, wzmacniał zapłony – pod siedzenie wkładał dodatkowe cewki. I taka cewka urwała się kiedyś Bruździe podczas wrocławskiego finału mistrzostw świata par w 1975 r. Defekt i srebro zamiast złota. Zdarza się. Nigdy nie wiedziałem, czy pan Marian przygotował mi „nabąbany”, czyli sprężony motor, czy może osłabiony. W zasadzie to on decydował, albo doradzał, czy na tylne koło mam założyć zębatkę 59, czy jak na torze w Łodzi – 57.

  *A jeśli chodzi o jazdę, to czy starsi zawodnicy pomagali Ci na torze jako młodszemu koledze z drużyny?
– Ależ skąd, do wszystkiego trzeba było dochodzić samemu. W parze dobrze mi się jeździło z Bruzdą, który pilnował krawężnika. Zasuwał przy nim na jednym kole! Kolegowałem  się z „ Frankiem” Zieją. Był bardzo sympatyczny, taki wesołek.

  *Pamiętam 1977 rok. Sparta z powodu przebudowy toru z czarnego żużlowego na jasny granitowy, przez cały rok startowała i trenowała w gościnnym Ostrowie Wlkp. Tam też zorganizowała finał mistrzostw Polski par. Po jednym z wyścigów tak zdzieliłeś pięścią swego partnera Roberta Słabonia, że aż Ci się ręka zaklinowała w jego integralnym kasku z tzw. szczęką…
– Hm, wtedy bardzo zależało mi na medalu. Nie udało się, bo Robert zamiast rywali, to mnie wywiózł pod płot. Na szczęście, owe moje fatalne zachowanie jakoś uszło mi płazem. Podobnie, gdy w Lublinie w nerwach wyzwałem  od najgorszych sędziego Aleksandra Chmielewskiego za to, że dopuścił do zawodów na dziurach i kopie. Dziś byłaby z tego niezła medialna awantura i zostałbym ukarany jak amen w pacierzu.

  *W 1979 roku bez sukcesu wystąpiłeś w Gorzowie w pamiętnym, przerywanym przez deszcz, finale indywidualnych mistrzostw Polski…
– Na te zawody przyjechałem prosto z wakacji swoją taksówką i organizatorzy nie chcieli mnie-„taryfiarza” wpuścić do parku maszyn. „Panowie, ależ ja tu dzisiaj startuję!” – musiałem im wytłumaczyć. Mechanik z kolei przywiózł z Wrocławia mój motor, brudny, taki jak go zostawiłem w klubowym warsztacie przed wyjazdem na wczasy. Czyli nic przy nim nie zrobił! I w gorzowskim finale było jak było. Słabo.

 *Kiedy ostatni raz siedziałeś na żużlowym motorze?
– W 1996 roku na organizowanym przez ciebie wrocławskim turnieju oldboyów przy okazji zawodów na 15-lecie startów Wojtka Załuskiego. Miałem tylko jeden trening i w imprezie wywróciłem się na łuku. Motocykl pożyczyłem od jakiegoś szkółkowicza, tylko zainwestowałem 200 zł w sprzęgło. Gdybym mógł więcej poćwiczyć…

*Teraz jesteś jednym z najbardziej zapalonych kibiców żużla
– Bywam na Stadionie  Olimpijskim na każdym ligowym meczu WTS-u, poza Australią zaliczyłem też wszystkie stadiony Grand Prix. Prawie jak Hancock, he, he. I nadal wraz z grupą znajomych, będę jeździł na takie turnieje. Moją taksówką-mercedesem, bo jest wygodny.

PS. Drużyna marzeń Sparty z lat 70. według Bola Gorczycy:

Piotr Bruzda, Robert Słaboń, Ryszard Jany, Henryk Jasek, Zygfryd Kostka, Zygmunt Słowiński, Jan Chudzikowski, Bolesław Gorczyca. Do tego powinien dojść też Krzysztof Kałuża. I Stasiu Nowak. Jerzy Trzeszkowski wtedy właściwie już kończył żużlową karierę w Polsce.

 

Bolo dzis(1)

Bolesław Gorczyca współcześnie. Na zagranicznej wystawie żużlowej zrobił sobie sentymentalna fotkę z maszyną Neil Street, jaką ujeżdżał kiedyś w Sparcie Wrocław. [Fot. Archiwum]

 

 

Bolo i Jasek

Bolesław Gorczyca na swoim klubowym Neil Streecie wiezie z tyłu Henryka Jaska. Za nimi stoją: ówczesny klubowy lekarz  Sparty Wrocław dr Tadeusz Myczkowski oraz i Piotr Bruzda.

 

 

IMG_0067

Trening w 1996 roku przed jubileuszowym turniejem Wojtka Załuskiego, o którym wspomina w tekście Bolek Gorczyca – oldboje, od lewej: Marian Bębas, Bartek Czekański i śp. Henryk „Franek” Zieja. [Fot. Archiwum]

 

 

Kategorie i tagi: Historia, , , , ,