W ostatnich artykułach starałem się nieco zagłębić w historii sportu żużlowego w Częstochowie, a dokładniej mówiąc w latach, w których to „Lwy” zdobywały Drużynowe Mistrzostwo Polski, czym mam nadzieje udało mi się państwa zainteresować. Na końcu poprzedniego felietonu obiecałem, że dalej pozostanę w tej tematyce oraz, że postaram się państwa zapoznać z pewną osobą. Dlatego też już dziś chciałbym przedstawić państwu „Andzie”. Andrzej Puczyński bo o nim mowa to były zawodnik częstochowskiego zespołu, w kolejnych latach mechanik, trener i toromistrz, czyli tak jak w tytule – człowiek orkiestra.

Andrzej Puczyński urodził się w 1967 roku. Od samego początku w jego życiu obecne były motocykle, gdyż sympatykami dwóch kółek byli również jego ojciec, dziadek oraz brat, który również próbował swoich sił na żużlu. Jak wspomina nasz bohater po raz pierwszy na mecz zabrał go tato i od tego momentu ten sport zagościł w jego sercu na stałe. – Prawda jest taka, że może nie żużel, ale miłość do motocykli zaszczepił we mnie tata i dziadek. Motocykle były zawsze na podwórku, od dziecka żyłem z tymi motocyklami. Pierwszy raz na żużel zabrał mnie tata, no i tak zostało. Ile wtedy miałem lat nie pamiętam, za mały i za młody byłem, żeby to pamiętać.

Żużel to sport, który prócz perfekcyjnego przygotowania fizycznego zawodnika, opiera się głównie na sprzęcie. W dzisiejszych czasach tego sprzętu na rynku jest bardzo dużo i jest ogólnie dostępny. W czasach kiedy Andrzej Puczyński zaczynał swoją przygodę ze sportem żużlowym nie było tak kolorowo. – Jeździło się na tym co było – wspomina Pan Andrzej. Jego kariera nie trwała zbyt długo, gdyż było to niespełna 10 lat, lecz on sam nie żałuje, że tak wcześnie postanowił zawiesić skórę na hak. Przez cały ten czas związany był tylko z jednym klubem, gdy zapyta się go dlaczego nie spróbował swoich sił w innym zespole, gdy zabrakło dla niego miejsca w składzie odpowiada –Bo to jest mój Włókniarz. Oto co znaczyło przywiązanie do barw klubowych, którego w dzisiejszych czasach już chyba nie ma w ogóle. W przeciągu tych 10 lat Andrzejowi Puczyńskiemu dane było startować głównie na torach drugoligowych, aczkolwiek zaznał i smaku najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce w roku 1992. Jak wspomina te czasy? Jakie były jego początki? Czy da się to w jakiś sposób porównać do tego co mamy dziś? – Sytuacje są porównywalne i nieporównywalne, w każdym bądź razie jeśli się bardzo chciało to można było próbować swoich sił i debiutować. Jeśli ktoś czegoś naprawdę chce i tego pragnie, to może do tego dojść. Czasami pewne rzeczy stają nam na przeszkodzie, ale no nie każdemu pisane jest być żużlowcem. W lidze debiutowałem w roku1984. Może nie jeździłem długo, bo niespełna 10 lat, ale życzę nie jednemu młodemu zawodnikowi teraz, żeby mógł 10 lat przejeździć efektownie i efektywnie, a ponadto pozostać w pełni zdrów.

„Andzia” był typem zawodnika, o którym teraz mówi się, że jest zawodnikiem na drugą linię. Były oczywiście występy bardzo dobre, były komplety punktów i kilka mniejszych czy większych sukcesów. Jednak nigdy nie stał się liderem z prawdziwego zdarzenia. Mówiło się o nim jako niespełnionym talencie. Jak sam podkreśla stara się o tym nie myśleć, bo niespełnione ambicje pozostały, lecz życie toczy się dalej. – Ja jestem osobą, która nie rozpamiętuje. Niepowodzenia? Idą w niepamięć. Sukcesy? Nie było ich wiele, ale ja cieszyłem się z tego, że mogłem jeździć. Tak samo jak teraz pracuje, przygotowuje tor, pracuje z młodzieżą i cieszę się, że mogę to robić.

Puczyński

Tak jak wspomniałem Andrzej Puczyński nie zdecydował się na zmianę klubu, wolał pozostać w Częstochowie, lecz w innej roli. I tak po zakończeniu kariery „Andzia” zaczął pracować jako klubowy mechanik. W późniejszym już okresie współpracował z innymi żużlowcami. Głównie może pochwalić się pracą u boku Rune Holty. „Andzia” towarzyszył mu na każdych zawodach, zajmował się motocyklami i dbał o każdy sprzętowy szczegół w stajni „Ryśka”. Do dnia dzisiejszego zajmuje się on w pewnym stopniu motocyklami w klubie. Zna je doskonale i potrafi z niczego zrobić maszynę na ekstraligowym poziomie. Wróćmy jednak do czasu spędzonego z Rune Holtą i zobaczmy jak ten okres swojego życia wspomina sam zainteresowany. – Wspaniałe czasy i  wielki krok do przodu. Możliwość głębszego poznania sprzętu, torów na całym świecie, możliwość podpatrywania innych żużlowców czy mechaników. Jest to coś co można teraz przekazać młodym żużlowcom. Wiadomo, że taka wiedza, to nie jest coś co zatrzymuje się dla siebie. Jestem tu, robie to bo to lubię, bo to kocham. Do dzisiaj nawet współpracuje z Rune. Wiadomo Pan Fleming Graversen autoryzuje pewne rzeczy, aczkolwiek będąc z Rune przez trzy lata miałem wstęp do jego warsztatu, zyskałem zaufanie, ta współpraca zaowocowała dla wszystkich.

Pan Andrzej podczas naszej rozmowy sam wywołał wilka z lasu, a mianowicie mowa tutaj o szkoleniu młodzieży. Już wcześniej doradzał młodszym kolegom, ale na przełomie 2007 i 2008 roku wziął udział w kursie, którego efektem jest uzyskanie certyfikatu instruktora sportu żużlowego, co oznacza, że może on w pełni prawnie piastować funkcję trenera. On jednak przy młodzieży był przez cały czas i nadal przy niej jest. Choć sam może wybitnym żużlowcem nie był to doświadczenie jakie posiada na pewno może pomóc w rozwoju nie jednego młodego talentu. Bo tak jak on uczył się od starszych, tak i teraz młodsi uczą się od niego. - Staram się nie zatrzymywać w miejscu. Nigdy nie wiadomo co Cię w życiu spotka. Przez cały okres mojej współpracy, z Rune Holtą i z innymi zawodnikami, od których się uczyłem, czyli Pan Marek Cieślak, Pan Witek Jastrzębski mój trener, Andrzej Jurczyński, Józef Kafel i wielu innych, których mógłbym tu jeszcze wymienić, starałem się uczyć. Uczymy się całe życie i teraz mogę to przekazywać dalej. Ten dokument instruktorski był de facto przyzwoleniem na pracę. Najlepiej jakby się młodzież wypowiedziała czy to co im przekazuje pasuje, pomaga, czy mamy dobry kontakt. Wydaje mi się, że tak bo nie słyszałem negatywnych opinii.

To jednak z czego według mnie „Andzia” słynie w obecnym czasie to przygotowanie częstochowskiego toru. Uczył się tego fachu od świetnego toromistrza, Śp. Jerzego Baszanowskiego. W nie tak dawnej przeszłości, a więc w latach 2010-2012 Włókniarz bił się o utrzymanie, ale i o byt na żużlowej mapie polski. Tymczasem na trybunach stadionu przy ulicy Olsztyńskiej zasiadało średnio około 10 tysięcy fanów, co było jednym z najlepszych wyników w ekstralidze? Dlaczego tak się działo? A no właśnie dzięki „Andzi”, który potrafi doskonale przygotować tor, który pozwala na walkę na całej jego długości i szerokości, a przy okazji jest on bezpieczny. Tak przygotowany tor w połączeniu z prawdziwymi walczakami, których pod Jasną Górą nigdy nie brakowało stwarzał niesamowite emocje i mimo porażek i walki o utrzymanie ludzie ponownie przychodzili na stadion. Tę prace zauważają nie tylko kibice w Częstochowie, ale i zawodnicy i wiele innych osobistości światowego żużla. Piotr Protasiewicz do znudzenia, co roku powtarza, że częstochowski tor jest najlepszym owalem do ścigania na świecie. Karol Lejman z One Sport po przyznaniu Częstochowie finału SEC w sezonie 2014 mówił, że jednym z głównych aspektów, którym kierowała się jego firma przy wyborze organizatora turnieju był tor i jego przygotowanie. To czy na danej nawierzchni można zorganizować widowisko, które pozostanie w pamięci na długo. Moje zdanie? Jak „Andzia” zrobi tor to nie ma ch… To widowisko będzie przednie. W czym więc tkwi sekret? Jak to jest, że jeden tor nadaje się tylko pod sadzonki, a drugi jest wychwalany pod niebiosa? – Sekretów nie ma, trzeba pracować, żyć z tym torem, tak jak mechanik żyje z silnikiem. Fakt czasami trudno to wszystko pogodzić, ale ja żyje dla tego klubu. To trzeba wszystko zrozumieć. Jest pogoda i nie ma tak, że idę do domu, bo czas pracy mi się skończył. Trzeba korzystać z każdej chwili. Tak naprawdę często pogoda robi nam tor. Czasami trzeba jej podać rękę, czasem wychodzić  na przekór, to wszystko.

Jak widać Andrzej Puczyński to człowiek orkiestra, przynajmniej w naszym małym żużlowym świecie. Poznał co to żużel na własnej skórze. Był i jest mechanikiem, trenerem i toromistrzem. Bywało tak, że wszystkie te funkcje pełnił w jednym momencie. Przy tym wszystkim, przy całym swoim doświadczeniu i wiedzy, przez cały czas pozostaje tym samym skromnym „Andziom”, który już od 30 lat jest w tym klubie, to się nazywa miłość!

 

Podziękowania dla Pana Marka Soczyka za zgodę na użyczenie materiałów.

Kategorie i tagi: Historia, , , , , , ,