Każdy ma inny sposób na wyrażanie siebie. W środowisku żużlowym, bardzo często można spotkać się z zawodnikami, którzy zdobią swoje ciało wieloma pięknymi tatuażami. Niektórzy, posiadają jeden lub dwa, lecz są i tacy, którzy na tym nie poprzestają. Doskonałym przykładem może być Tai Woffinden, który sporą część ciała pokrytą ma wieloma dziarami.

Wielu negatywnie nastawionych do tatuaży ludzi, nie potrafi zrozumieć zawodników. Mówią, że zawodnicy ślepo kopiują to od zawodników m.in. motocrossu i że będą na starość tego żałować. Nie jest tak jednak, jak by się mogło wydawać. Tatuaże w speedwayu są od bardzo dawna, a jedynie w ostatnim czasie głównie dzięki mediom są bardziej dostrzegane. Na pewno wpływ na to mają też miejsca, w których zawodnicy je robią. Wiadomo, że gdy dziara jest zrobiona na ręce, w lecie nie ma możliwości, żeby ją ukryć. Czy to krótkofalowa moda, zapytałem eksperta w tej dziedzinie- Maćka Fludzińskiego, tatuażysty, który ma na swoim koncie wielu żużlowców- Myślę, że to nie jest żadna moda. Ludzie tatuują się od bardzo dawna. Nie jest to przypadek tylko speedwaya, bo tatuaże są obecne tak samo w piłce nożnej, czy innych sportach. Ten trend przyszedł dawno temu z zachodu i się w naszym kraju przyjął. Mnie osobiście to cieszy, że żużlowcy chcą się tatuować i odwiedzają moje studio.

Rozmawiając z Maćkiem nie sposób było zapytać od jak dawna pod jego skrzydła trafiają żużlowcy- Zaczęło się jakieś dziewięć lat temu od Jarka Hampela, z którym spotkałem się na meczu ligi szwedzkiej w Vetlandzie. Później jakoś ta machina ruszyła. Jak się okazuje ruszyła na dobre, bowiem jego studio w Sopocie odwiedziło już sporo zawodników, od początkujących juniorów, po światową czołówkę. Większość z nich wracała po raz kolejny.

Wielu zawodników, którzy korzystają z usług Maćka Fludzińskiego, to zawodnicy młodzieżowi, a jak wiemy, młodym ludziom zdarza się robić nieprzemyślane rzeczy, których później żałują. Czy w przypadku tatuaży podchodzą poważnie, z konkretnym pomysłem?- Tak naprawdę różnie to bywa. W większości robię projekty na życzenie zawodników. Oni naświetlają mi wizję tego, co chcieliby mieć wykonane i zdają się na moje doświadczenie. Robię projekt, a później maluje to na ciele. Zważywszy na to, że doświadczenie mistrz z Sopotu ma spore, trudno się dziwić, że dziary naszych żużlowców prezentują się naprawdę świetnie.

Tatuaże nie są jedyną pasją Maćka Fludzińskiego. Jest przecież oczywiście żużel. Dzięki miłości do speedwaya, poznał wielu zawodników, którzy dziś darzą go wielkim zaufaniem i oddają się w jego ręce, chcąc zrobić kolejne tatuaże. Okazuje się, że speedway był w życiu Maćka od zawsze. Zapisał się nawet do szkółki żużlowej, jednak z powodów zdrowotnych nie było mu dane zostać zawodnikiem gdańskiego Wybrzeża. Po latach jednak skompletował sobie motocykl, uszył kevlar i uczył się pokonywać gdański owal ślizgiem kontrolowanym. Nie po to by startować w amatorskich zawodach, nie po to by coś komuś udowadniać, a tylko i wyłącznie po to, by spełnić marzenie i nauczyć się jeździć bokiem. Czy przez to, że sam dosiadał żużlowego rumaka inaczej teraz traktuje żużlowców?- Czy traktuje ich inaczej? Nie. Traktuje ich tak, jak wszystkich innych, jednak dzięki temu, że jestem tak blisko tego sportu, przebywam w parkingu, potrafię lepiej zrozumieć ich samych. Dostrzegam zarówno ich problemy, jak i radości. Będąc z nimi w parkingu dostrzegam, jaki tak naprawdę jest ten sport. Ludzie myślą, że to sielanka, że zawodnik przyjeżdża, robi swoje, kasuje i jedzie dalej. Żużlowcy często są bardzo wrażliwi, niektórzy nawet wbrew pozorom zamknięci. Każdy z nich ma swoje emocje. Na pewno bycie w tym środowisku pomaga mi w kontaktach z nimi. Z większością tak naprawdę rozumiem się bez słów.

Maciek Fludziński jeżdżąc na żużlu poznał też jego ciemną stronę, czyli kontuzje. W tym momencie dał sobie już spokój z jazdą w lewo, ponieważ zdrowie mu na to nie pozwala.- Tak, przestałem już jeździć. Czeka mnie ciężka operacja, której tak naprawdę boję się podjąć, żeby nie stracić czucia w ręce. Żużel był dla mnie zabawą. Fajną przygodą. Co chciałem, to zrobiłem. Nic nikomu nie muszę już udowadniać.

Pomimo tego, że przestał jeździć, nie przestał tatuować żużlowców. Na koniec naszej rozmowy postanowiłem zapytać, który z żużlowców był najbardziej wymagający pod względem tatuażu. Które z dzieł było najtrudniejsze?- Każdy tatuaż jest trudny. Zależy między innymi od usytuowania na ciele itp., ale było kilka naprawdę trudnych dziar, jak np. rękawy Daveya Watta, czy Troya Batchelora, ale najtrudniejszy był chyba ten pierwszy tatuaż, który robiłem Jarkowi Hampelowi. Miał on zrobiony tatuaż w Anglii. Był on zrobiony bardzo nieprofesjonalnie i wyglądał jak jakaś plama. Sporo się musiałem nakombinować, żeby to jakoś zmodyfikować. Jednak każdy tatuaż, nawet ten najtrudniejszy sprawia wiele radości i satysfakcji.

Lista klientów, a zarazem przyjaciół Maćka jest imponująca:
Troy Batchelor, Tomasz Chrzanowski, Patryk Dudek, Maciej Formela, Adrian Gomólski, Kacper Gomólski, Jarosław Hampel, Christian Isometta, Łukasz Jankowski, Tomas H. Jonasson, Andriej Karpow, Łukasz Kłszewski, Krzysztof Kuczwalski, Aleksandr Loktaev, Piotr Pawlicki, Maciej Pawłowski, Marcel Szymko, Sebastian Ułamek, Grzegorz Walasek, Davey Watt, Marek Dera, Adam Strzelec, Emil Pulczyński, Jack Brian Smith, Krystian Pieszczek, Przemek Pawlicki, Leon Madsen, Peter Ljung,  Hubert Łęgowik,  Andy Smith, Patryk Beśko.

A według was czytelnicy, który z zawodników ma najciekawszy tatuaż?

Kategorie i tagi: Kibice, Żużel w Europie,