Rynek transferowy co roku przynosi nowinki i prowadzi do ciekawych wniosków. I choć ten rok jest wyjątkowo nudny, spektakularnych transferów w zasadzie nie ma (najbardziej spektakularnym transferem sezonu jest informacja, że Nicki Pedersen zostaje w Unii Leszno… oczywiście nie licząc przenosin red. Ostafińskiego do redakcji najbardziej znanego portalu sportowego w Polsce), to informacje z rynku transferowego znowu prowadzą do wniosku, że nie wszędzie jest w porządku.

Swego czasu mieliśmy w Najdroższej Lidze Żużlowej Świata szereg ograniczeń, których część pozostała do dziś. Niektóre z nich przyjmujemy za sztuczne wymysły, co bardzo wyraźnie pokazała koncepcja Kalkulowanej Średniej Meczowej. Miało to wyrównać poziom zawodów żużlowych i obniżyć koszty klubów, jednak pogromy oglądaliśmy nadal, a budżety klubów nadal stawały się coraz bardziej napięte. Wynikało to jednak nie z tego, że najwięcej pieniędzy dostawali najlepsi, a… wręcz przeciwnie. Były to prawdziwe żniwa dla żużlowców, którzy legitymowali się niskim współczynnikiem KSM, a im większy mieli potencjał, tym większych pieniędzy żądali. Włodarze klubów płakali i płacili, bo w zasadzie innego wyjścia nie było, a kibice w meczach o najwyższą stawkę podobno najsilniejszej ligi świata musieli oglądać popisy takich zawodników jak (z całym szacunkiem dla nich) Kamil Brzozowski, Krzysztof Jabłoński, Jonas Davidsson… i tak dalej. Usunięcie tego pomysłu z obrotu, jakkolwiek słuszne, odebrano jako liberalizację przepisów sportu żużlowego.

Część jednak nakazów i zakazów szumnie traktuje się jako niemal dogmatyczny pewnik i wkład w rozwój polskiego żużla. Mam tutaj na myśli przede wszystkim dwie kwestie – obowiązek posiadania 4 rodzimych zawodników w składzie oraz obowiązek wystawienia do meczu przynajmniej dwóch zawodników juniorskich. Cel jest szczytny, jak mawiał pewien Baca stojąc u stóp Giewontu, ale głębsza analiza tego zagadnienia rodzi pewne pytania. Jakkolwiek jestem w stanie przełknąć względnie bezkrytycznie kwestie ograniczeń ilości zawodników zagranicznych w składzie klubu, to pomysł z obowiązkiem wstawienia do składu 2 juniorów można już w tym momencie rozliczyć (od jego wprowadzenia minęło już wiele lat). Jakie są efekty tego przedsięwzięcia?

W zasadzie efekty są… nijakie. W domyśle wprowadzenie obowiązku posiadania w składzie 2 juniorów, a ponadto konieczność ich konfrontacji w toku spotkania, miało służyć rozwojowi polskiej młodzieży, a w efekcie rodzimego żużla w ogóle. Pod tym względem, w mojej ocenie, szalonego postępu związanego z tym pomysłem nie uświadczyliśmy. Błyskawiczny rozwój dyscypliny i ligi w ogóle w ostatnich latach zawdzięczamy raczej zwiększeniu ilości kapitału dostępnego prezesom klubów. Nie wierzycie? Prosty przykład, mamy dwóch Mistrzów Świata i obaj zaczynali swoje kariery w czasach, gdy klub nie tylko nie musiał wystawiać w składzie juniora, ale także nie musiał konfrontować go z innymi juniorami. Zawodnik, który zaczynał karierę musiał pracować na to, by znaleźć się w składzie swojej drużyny i by móc się pokazać swojemu trenerowi. Aby to zrobić musiał przede wszystkim przykładać się do treningów, pracować nad sprzętem i walczyć w rozgrywkach juniorskich…

Dziś juniorzy stoją w uprzywilejowanej pozycji, a prezesi klubów muszą na nich „chuchać i dmuchać”. Świetnie to pokazuje przykład jednego z, podobno, talentów – Oskara Bobera. Z uwagi na posuchę na rynku zawodnik ten stał się tak łakomym kąskiem, że, jak podają Toruńskie Nowości, jego żądania finansowe były bliskie kontraktowi zawodnika jeżdżącego na stałe w cyklu Grand Prix. Nie można mieć tego za złe Oskarowi, wręcz przeciwnie, ale to pokazuje do jakich patologii mogą prowadzić kolejne zakazy i nakazy. Ta informacja tegorocznego rynku transferowego sprowokowała mnie do tych właśnie rozmyślań.

Na tego rodzaju sytuacje można by było przymknąć oko, gdyby faktycznie efekt tych działań był zgodny z zamierzeniem, a objeżdżeni w polskiej lidze młodziaki robiliby furorę na wszystkich torach świata i okolicznych galaktyk. Tak jednak nie jest – w większości przypadków ukończenie przez juniora wieku 21 lat albo kończy jego karierę sportową albo, w najlepszym wypadku, zrzuca go do czeluści zaplecza ligi, gdzie niewiele już mogą osiągnąć. Kto dziś pamięta braci Pulczyńskich, Adama Strzelca (no dobra, jego kibice pamiętają, zwłaszcza w Gorzowie), Damiana Dąbrowskiego, Patryka Malitowskiego, Kamila Adamczewskiego… wymieniać można dziesiątki przykładów zawodników, którzy rzeczywiście jeździli w barwach Ekstraligowych klubów, nawet czasem z przyzwoitym skutkiem, i przepadli zupełnie po ukończeniu przez nich 21 lat. Stała jazda w klubie w najwyższej klasie rozgrywkowej nie dała im niczego – oprócz pieniędzy (nie zawsze), kilku fotek z podprowadzającymi i fajnych wspomnień z czasów, gdy można było powiedzieć „jeżdżę z najlepszymi, a czasem nawet łapię się na szprycę”.

Warto zauważyć, że słynny syndrom przejścia do wieku seniorskiego jest w zasadzie domeną tylko polskich zawodników. Czy ktoś zauważył znaczący spadek średnich uzyskiwanych na torach w Polsce przez Chrisa Holdera, Darcy Warda, Emila Sajfutdinowa, Taia Woffindena, Michaela Jepsena Jensena (który zaczął łagodnie słabnąć dopiero w wieku 23 lat)? Nie! Ale wśród Polaków takich nazwisk jest sporo – i to głównie wśród tych słabszych jeźdźców. Przykładowo Patryk Dudek czy Maciek Janowski nie zanotowali niemal żadnego regresu na swoim przełomie, ale porównanie średnich uzyskiwanych przez solidnych, juniorskich średniaków takich jak np. Kacpra Gomólskiego czy Tobiasza Musielaka już pokazuje skalę problemu. Juniorzy słabi zazwyczaj albo kończą kariery albo swój regres notują w niższych ligach, więc trudno ich na jednym poziomie porównać.

Już widzę te myśli przewijające się przez Wasze głowy – „co on chrzani, żeby nie obowiązek jazdy juniorów w lidze to już w ogóle nie byłoby młodych Polaków – żużlowców!”. Otóż pozwolę się nie zgodzić z tym twierdzeniem, a na poparcie tej tezy mogę wymienić szereg nazwisk tylko z ostatnich lat, takich jak choćby Max Fricke, Vaclav Milik czy Aleksandr Łoktajew (no dobra, on akurat przepalił swoją karierę, ale to nie wina systemu) to zawodnicy, którzy pomimo młodego wieku na stałe zameldowali się w składach swoich drużyn na pozycjach seniorskich i z powodzeniem zdobywali dla nich punkty. Warto wspomnieć też o tych, którzy jako „szczenięta” jeździli z pozycji seniorskich bez żadnego uszczerbku dla zdobyczy punktowych – Darcy Ward czy Emil Sajfutdinow krótko zabawili na pozycjach juniorskich, a mimo to przejście na pozycje seniorskie nie sprawiło im najmniejszego problemu. Nie sądzę też, żeby zdobywane przez Chrisa Holdera czy Taia Woffindena tytuły mistrzów świata miały związek z tym, że zawodnicy ci jeździli w Polsce z pozycji juniora.

Jaki płynie wniosek z powyższych rozważań? Przede wszystkim taki, że prezesi klubów chcą inwestować w młodych zawodników i nie trzeba ich do tego zmuszać. Nikt nie nakazywał klubom transferów zagranicznych juniorów czy zawodników świeżo po ukończeniu wieku juniorskiego, a jednak one się pojawiają i to często z dobrym skutkiem. Dlatego też kluby sięgają dalej – wyciągnięto już z Lokomotivu Andrzeja Lebiediewa, Torunianie zainwestowali w Jacka Holdera, który ma się objeżdżać w niższej lidze pod okiem starszego brata, Falubaz sięga po Jacoba Thorsella, a w swoich drużynach pewne miejsce utrzymali wspomniani Max Fricke czy Vaclav Milik. Jaki tok myślenia prowadzi decydentów do wniosku, że najlepsi Polscy juniorzy nie byliby w stanie przebić się z ogromu zawodników na rynku?

Trudno powiedzieć. Pewne jest jednak to, że tacy zawodnicy jak wspomniani wcześniej Dudek, Janowski czy bracia Pawliccy, Bartek Zmarzlik, Paweł Przedpełski etc. nie mieliby problemu z tym, by ujawnić swój talent niezależnie od tego, czy kluby miałyby przymus posiadania zawodników juniorskich podczas spotkań Ekstraligi czy też nie. Bo prezesi klubów, wbrew temu co sądzi o nich wielu kibiców i, zdaje się, niektóre osoby z centrali, myślą, nie tylko o sobie i danej chwili, ale wybiegają w przyszłość i wiedzą, że młodzi zawodnicy to melodia przyszłości klubu. Ponadto prezesi klubów liczą pieniądze w kasie i wiedzą, że więcej kibiców przyjdzie na stadion by oglądać wychowanka niż ciągle zmieniającą się armię zaciężną. Efekt jest taki, że kluby i tak będą zawodników szkolić jeśli tylko z posiadania danego zawodnika będą mogły uzyskać jakiekolwiek korzyści.

Skoro jesteśmy przy szkółkach, to warto wspomnieć i o tym. Bo, tak szczerze, czy przymus posiadania juniorów w składzie w jakikolwiek sposób zaktywizował szkółki żużlowe? Dziś juniorów się kupuje, kogo stać, ten ma lepszych. Silny junior jeżdżący w swoim macierzystym klubie to dziś rzadkość, zwłaszcza w czasach, gdy 21 lat ukończyli Bartek Zmarzlik, Adrian Cyfer czy Paweł Przedpełski. Klubów inwestujących w swoją młodzież jest coraz mniej i nie uratuje tego ani zapis dotyczący obowiązku posiadania 2 juniorów, ani też zapis rozszerzający tę ilość do 3, 4, 5 czy 8.

Ostatecznie zaś w lidze aspirującej do miana najlepszej ligi świata w danej dyscyplinie powinni jeździć bezwzględnie najlepsi. Tymczasem cały przyszły rok będziemy obserwować, w większości spotkań, przynajmniej 5 biegów w meczu, w którym jeździć będą zawodnicy o naprawdę niskim poziomie umiejętności. Chlubnymi wyjątkami powinni być Maksym Drabik, Kacper Woryna i formacja juniorska Unii Leszno. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której np. w Hiszpańskiej lidze piłkarskiej 30% zawodników występujących w wyjściowej jedenastce musiałoby mieć poniżej 21 lat i być narodowości Hiszpańskiej, a nikt chyba nie odmówi tamtejszej piłce sprawnego rozwoju. Oczywiście, skala jest inna, ale i podaż zawodników jest mniejsza.

Czy to oznacza, że formacje juniorskie w Ekstralidze powinny zniknąć? Moim zdaniem tak, mogłyby, ale pod pewnymi warunkami. Konieczne byłoby bowiem dokonanie kolejnych zmian, daleko idących, w rozgrywkach juniorskich w Polsce. Konieczny byłby tutaj system, w którym zawodnicy młodzieżowi mogliby się pokazać zarówno trenerom jak i kibicom. Może rozsądnym byłyby kilkubiegowe mini mecze rozgrywane pomiędzy np. maksymalnie cztero czy trzyosobowymi drużynami juniorskimi przed rozpoczęciem prezentacji do „meczu właściwego”?

Takie rozwiązanie sprawiłoby, że kluby żużlowe mogłyby rzeczywiście inwestować w najlepszych, a prestiż ligi nadal by rósł. Jednocześnie jednak nadal istniałby bodziec szkoleniowy, przynajmniej wśród prezesów, którzy myślą o przyszłości i chcą inwestować w młodzież. A ci którzy nie chcą… cóż. Nie widzę powodu, dla którego powinno się kogoś zmuszać do utrzymywania nierentownych inwestycji (a takimi jest, niestety, około 75% młodych chłopaków, którzy zaczynają swoją jazdę w formacjach juniorskich) w imię wyższych celów, które nie bardzo da się sprecyzować, bo po prostu te cele nie są realizowane. Junior, który rzeczywiście chce zostać żużlowcem, byłby zmuszony do wytężonej, ciężkiej pracy i do wykazywania się w „mini meczach”, zamiast mieć pewne miejsce w składzie do ukończenia 21 lat i pewnego kopa w zad po 21 urodzinach. To zaś spowodowałoby, że musieliby „od szczeniaka” rywalizować o miejsce w składzie z najlepszymi– i wcale nie byliby w tym skazani na porażkę, wręcz przeciwnie.

Taki system opłaciłby się każdemu oprócz tych zawodników, którzy wprawdzie chcieliby jeździć na najwyższym poziomie, ale nie chcą się temu celowi poświęcić. Czy jednak jest to dobry pomysł? Zachęcam do merytorycznej dyskusji!

Kategorie i tagi: Historia, Liga polska, Regulaminowo,