W najbliższą niedzielę rozpoczniemy II fazę cyklu o DMP na żużlu, czyli tzw. play-offy. Przyznam, że ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad zasadnością i sprawiedliwością sposobu, w jaki wyłaniany jest drużynowy mistrz Polski w speedway’u. Chyba tak już  po prostu mam, że na koniec sezonu zadaję różne pytania, starając się obiektywnie na nie odpowiedzieć.

Do jakich wniosków doszłam? Jasnym jest dla mnie, że o tytule najlepszej drużyny w kraju niejednokrotnie decyduje dyspozycja dnia albo po prostu meczu. Wystarczy właściwie, że ekipa objedzie w miarę dobrze cały sezon i awansuje do pierwszej „czwórki”, skasują się wtedy wszystkie punkty i o pojawieniu się w finale może często zadecydować po prostu łut szczęścia – a więc, w żużlu to się ładnie i najczęściej nazywa – brak kontuzji w ekipie. To kontuzje są bowiem zmorą zawodników i klubów, a historia pokazuje, że nieraz potrafiły wyeliminować z gry tzw. pewniaków do tytułu. Ja również pozwoliłam sobie już kilkukrotnie podkreślić, że w sporcie, a już szczególnie tak inwazyjnym jak żużel, gdzie kontuzje zdarzają się ciągle i bywają bardzo poważne, nie można być pewnym niczego. Bo kiedy nagle wykrusza się człon drużyny, stanowiący o jej sile, to skąd w ogóle ma przyjść moc do pokonania torowego przeciwnika? No właśnie.

Czy zatem cała forma rozgrywek play-off jest fair? Jakie korzyści w żużlowej najlepszej lidze świata, która do tego tytułu pretenduje, przynosi zajęcie pierwszego miejsca po rundzie zasadniczej? Odpowiem: żadne. No bo jazda przeciwko czwartemu zespołowi z tabeli nie zawsze może być korzystna. Logika każe podpowiadać, że w większości przypadków taki układ będzie promował ekipę z pozycji pierwszej, ale znów – nie zawsze tak właśnie musi być. Popatrzmy teraz np. na Szwecję. Elitserien. Superliga tamtejszego żużla. Zwycięzca pierwszego etapu wybiera przeciwnika do półfinałów. To już jest jakiś ukłon w stronę triumfatora pierwszej części rozgrywek. W Polsce, po kilkunastu kolejkach, w których drużyna osiąga ogromną przewagę, zabawa zaczyna się od początku. Kasujemy wszystkie wspaniałe pojedynki i zwycięstwa, a jeden gorszy dzień może przesądzić o braku awansu do finału albo co gorsza, braku upragnionego medalu. Taki jest sport, racja. Chodzi o zabawę i nieprzewidywalność. Też się zgadzam. Jednak zasady jego rozgrywania powinny promować ciężką pracę i walkę o wielkie cele. Skoro cały sezon jest kiepsko i przegrywa się, to dzięki jednemu meczowi nie powinno się mieć szansy na złoto. Tutaj zwolennicy ekipy, która w taki np. sposób zapewniłaby sobie finał, szybko odpowiedzą i zaprotestują mówiąc, że fortuna kołem się toczy. Ja jednak pozwolę sobie na otwarcie dyskusji, bo uważam, że system z lat 2000-2004, kiedy to w grupie mistrzowskiej, każda z drużyn (z miejsc 1-4), rywalizowała ze sobą, a punkty z rundy zasadniczej liczyły się, i w ten sposób rozstrzygano o tytule Drużynowego Mistrza Polski, był o wiele bardziej sprawiedliwy, a i ciekawszy, bo przynajmniej z jednym pojedynkiem więcej. W sporcie, przede wszystkim, nie można zgubić ducha sportu. Zawodowa i profesjonalna Estraliga żużlowa w Polsce ma w końcu to do siebie, że patrząc na frekwencję, obok piłkarskiej Ekstraklasy jest najlepszą ligą sportową w Polsce. Wartałoby zatem mieć to na uwadze…

 

 

 

Kategorie i tagi: Liga polska,