Moja przygoda z czarnym sportem rozpoczęła się w Lesznie, gdzie w 2001 roku miałem przyjemność zobaczyć swoje pierwsze zawody żużlowe na stadionie. Silnie obsadzony Memoriał Alfreda Smoczyka zrobił na mnie wówczas ogromne wrażenie i z pewnością w dużym stopniu sprawił, że zakochałem się w tym sporcie. Więc chociaż moje serce bije dla ROW-u Rybnik, to nie ukrywam, że w stronę Unii Leszno spoglądam z dużą sympatią. Dlatego martwi mnie postawa, jaką miejscowym sympatykom zaserwowali w tym sezonie zawodnicy miejscowego klubu.

 

Rok 2016, zarząd Unii Leszno postanowił rozpocząć mocnym wejściem, jakim była podwyżka cen biletów na nadchodzący sezon. I choć krok ten po zdobytym Drużynowym Mistrzostwie Polski dziwić nie może, wszakże produkt najwyższej jakości ma swoją cenę, to z pewnością można stwierdzić, że ceny biletów nie wywołały uśmiechów na twarzach leszczyńskich fanów. Zwłaszcza, gdy szybko okazało się, że zespół spisuje poniżej oczekiwań i w większości spotkań ma problemy z pokonywaniem rywali na własnym obiekcie. Bardziej złośliwy dziennikarz mógłby napisać, że Leszno jest tak trudnym terenem, że nawet miejscowa Unia nie potrafi tam wygrywać.

 

Kolejnym ciosem, który ugodził kibiców leszczyńskiej Unii była likwidacja sektora FAN, który miał swoje stałe miejsce na wejściu w drugi wiraż stadionu im. Alfreda Smoczyka. Stowarzyszenie Sympatyków Unii Leszno szybko podjęło decyzję o zaprzestaniu prowadzenia dopingu na popularnym „Smoku”, w zamian za sposób, w jaki zostali potraktowani przez działaczy. Ostatecznie w trakcie sezonu, zamiast dobrze jak dotąd prowadzonego dopingu przez Stowarzyszenie, mogliśmy oglądać popisy pana spikera, który nieudolnie próbuje zachęcić widzów do gromkich okrzyków. Jestem przekonany, że spór na linii zarząd – Stowarzyszenie w żaden sposób nie pomaga zawodnikom, którym zależy na dobru klubu.

 

Nie można pominąć również kwestii doboru zawodników, którzy reprezentowali miejscowy klub w obecnym sezonie. Wielkim nieporozumieniem jest dla mnie pozbycie się Przemka Pawlickiego, któremu w trakcie mistrzowskiego sezonu przydarzyła się słabsza końcówka sezonu. W jego miejsce ściągnięto Duńczyka – Petera Kildemanda, który przez większą część rozgrywek spisywał się fatalnie. Efekt? Przemysław Pawlicki wjeżdża razem z Stalą Gorzów do fazy play-off i będzie bił się o medale, Peter Kildemand wjeżdża z Unią Leszno do baraży i będzie bił się o utrzymanie. Zastanawiam się, dlaczego klub słynący od lat z dobrego szkolenia młodzieży, pozbywa się kolejnego wychowanka, który identyfikuje się z miastem, kibicami i Unią Leszno. Brawo panie Rusiecki! Brawo! Brawo! Brawo!

 

Skoro poruszyliśmy temat Przemka Pawlickiego, nie sposób też nie wspomnieć o tym jak długo zwlekano z podpisaniem kontraktu z jego młodszym bratem. Piotr Pawlicki był jednym z głównych elementów układanki w trakcie mistrzowskiego sezonu, podczas którego wykręcał doskonałe rezultaty, zwłaszcza w meczach wyjazdowych. Przedsezonowa nagonka medialna, w trakcie której rozpisywano się o pozażużlowych problemach młodszego z braci Pawlickich w dużej części jest także zasługą zarządu Unii, który zwlekał z podpisaniem kontraktu. Szkoda, że nawet wychowankowie w trudnych chwilach nie mogą liczyć na pomocną dłoń od swojego macierzystego klubu.

 

Osobnym akapitem należy obdzielić wyjazdowe spotkanie Unii z ROW-em Rybnik. Dla Unii Leszno był to najważniejszy mecz sezonu, w którym można było odwrócić złą kartę i uratować play-offy. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest nieobecność na meczu prezesa Piotra Rusieckiego, który postanowił sobie odpuścić zawody, mające zadecydować o być albo nie być jego ekipy w walce o medale. Z drugiej strony widzieliśmy przykład prezesa Krzysztofa Mrozka, który w trakcie rybnicko-leszczyńskiego pojedynku bez ustanku biegał między swoimi zawodnikami, mobilizując ich do walki. Oczywiście nie wiem, czy takie zachowanie prezesa Mrozka bardziej pomaga zawodnikom czy przeszkadza (nie mnie oceniać), jednak łatwo stwierdzić, które zachowanie bardziej przystoi dobremu gospodarzowi i któremu prezesowi bardziej zależało na zwycięstwie w tym pojedynku.

 

Ponadto oglądając kulisy spotkania w Rybniku łatwo zauważyć, że w leszczyńskim zespole nie ma chemii pomiędzy zawodnikami. Żużlowcy w trakcie przerw między biegami nie rozmawiają ze sobą, nie wymieniają uwag, nie stanowią drużyny, której (jak się okazuje) nie można kupić za pieniądze. Brak chemii widać zwłaszcza po upadkach, kiedy do leżącego na torze zawodnika leszczyńskiej Unii przybiegają tylko członkowie jego teamu. Za to po upadku Andreasa Jonssona w inauguracyjnym wyścigu, wśród rybniczan nastąpiło prawdziwe pospolite ruszenie i w przygotowaniu motoru Szweda pomagało około 4-5 mechaników innych zawodników ROW-u. Smutnym podsumowaniem spotkania jest sytuacja, gdy dziewczyna Nickiego Pedersena rozrysowała rybnicki tor i przekazywała swoje uwagi mechanikom Duńczyka… Profesjonalizm – 10/10.

 

Trzeba także pochylić się nad tym, w jaki sposób zawodnicy Unii podziękowali swoim kibicom za doping w Rybniku. Oczywiście nie wiem, czy leszczynianie byli obrażani słownie przez swoich sympatyków w trakcie spotkania. Oglądając jedną z reakcji Adama Skórnickiego i biorąc pod uwagę postawę, jaką zaprezentowali, można z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać, iż musiało paść kilka mocnych słów ze strony sympatyków. Abstrahując od słów, jakie padły, kibice są z tym klubem na dobre i na złe, a osoba, która pokonała pół Polski, żeby dopingować swój zespół, zasługuje przynajmniej na odrobinę szacunku. Niestety, tylko Tobiasz Musielak miał odwagę wyjść do kibiców, żeby wytłumaczyć siebie i swoich kolegów z żenującej postawy na rybnickim owalu.

 

Mam nadzieję, że ten sezon posłuży zarządowi Unii Leszno jako lekcja i począwszy od przyszłego roku relacje z kibicami zrzeszonymi w Stowarzyszeniu Sympatyków Unii Leszno ulegną znaczącej poprawie, a zespół będzie się otaczał zawodnikami, którym zależy na reprezentowaniu braw miejscowego zespołu. Bez tego ciężko myśleć o jakimkolwiek sukcesie.

Kategorie i tagi: Liga polska, , , , , , , , , , ,