Od dawna interesowało mnie, jak swoich trenerów wspominają sportowcy, którzy po zakończeniu kariery również stali się szkoleniowcami dla innych. Czego się nauczyli od swoich mentorów? Co im najbardziej zapadło w pamięć? Postanowiłam wziąć na spytki Mirka Cierniaka, który trenerów w swojej karierze miał kilku, a na koniec sam został szkoleniowcem.  Pokusiłam się o chronologię, tak, żeby łatwo było poszczególnych trenerów przyporządkować do odpowiednich ram czasowych. Startujemy!

 Bogusław Nowak – pierwszy trener; nauczył Mirka podstaw jazdy na mini-torze. Przygoda nie trwała długo, przerwał go wypadek Nowaka, w którym stracił czucie w nogach. Wspominam go z wielkim szacunkiem, podziwem, i wdzięcznością. On mnie wszystkiego nauczył. Wielkie ukłony dla niego, że stworzył mini żużel. Mogłem zacząć już jako chłopiec. To ogromnie ważne – wspomina Mirek. Tato zawoził Mirka na zajęcia. Mamie się to do końca nie podobało, ale tata, który sam kiedyś marzył o żużlu, próbował ją przekonać, że przecież w każdej chwili ich syn może zrezygnować. Mały Mirek jeździł wtedy na motorze typu WSK – innych w ówczesnych czasach nie było do dyspozycji. Przyszły zawodnik i trener pierwsze kółka wykręcał więc pod czujnym okiem trenera Bogusława Nowaka, wtedy jeszcze czynnego żużlowca. Miał chłodną głowę, często nie pokazywał emocji na treningach. Wszystko musiało być idealnie. Wiedział o nas wszystko. Kiedy pytał o szkołę, jak nam idzie, to nie chciał usłyszeć zwyczajnego „w porządku”. Chciał wiedzieć dokładnie, z czym i jakie mamy problemy. Kładł duży nacisk na wykształcenie. Sam był magistrem wychowania fizycznego. Chciał dla nas dobrze. Chciał nam pokazać, co w życiu ważne – słyszę od Mirka. Trener Nowak nauczył też Mirka pokory. Chwalił za dobre wyniki, ale nie było w tym przesady. Wiedział, że to początki „kariery” i najważniejsza jest ciężka praca, aby osiągać coraz lepsze wyniki. U niego nie było mowy o „gwiazdorzeniu”. Był wymagający, dbał o detale. Nauczył mnie sumienności. Z tego okresu, czasu mini żużla tamtych lat w Tarnowie, wyszło trzech zawodników (w tym gronie oczywiście Mirek), którzy dalej kontynuowali swoją przygodę, tym razem już na dużym torze. Po wypadku Bogusława Nowaka Mirek trafił pod skrzydła trenera Mariana Wardzały – również żużlowca, który po zakończeniu kariery sportowca rozpoczynał przygodę z żużlem w innej roli – trenera. Pomagał mu w tym Florian Kapała (już nieżyjący czterokrotny mistrz Polski w speedwayu). Dużo uwagi poświęcał Mirkowi w tym czasie właśnie drugi z wymienionych szkoleniowców. Zobaczył mnie i Grześka (Rempałę – przyp.red.) Mieliśmy chęci do pracy. Wcale nie byliśmy żadnymi pupilkami. Dziś czasem tak się mówi niesprawiedliwie. Trener to czasem taki łowca talentów. Poświęca czas wszystkim. Ale jeśli widzi, że ktoś ma szczególne predyspozycje, jest pracowity, to stara się z takim pracować jeszcze ciężej, żeby mógł pokazać swoje 100% – pada stwierdzenie. U trenera Mirek z Grześkiem bywali nawet w domu. Oglądali na kasetach VHS finały różnych żużlowych imprez. Były to takie lekcje poglądowe. Często słyszeli komentarz swojego mentora, który tłumaczył im kontry motocykla itd.  Trener Cierniak również i ten okres w swojej sportowej karierze bardzo dobrze wspomina. Ci dwaj szkoleniowcy mieli także wpływ na to, jak się kształtował jako żużlowiec. Dobro zawodnika zawsze leżało im na sercu. Padają także zdania o ciekawych pomysłach na treningi ogólnorozwojowe na sali, obozy. A na koniec wspominków szczególne zdarzenie. Noc. Mirek Cierniak wraca po treningu ze stadionu na motorowerze. Pech. Jednoślad postanowił pójść na wojnę z pasażerem. Zepsuł się. Mirek nie miał możliwości z kimkolwiek się skontaktować. Dopchał maszynę do domu trenera Kapały, który mimo późnej pory wyszedł z mieszkania, zabrał nieszczęsny duet na stadion i tam pomógł naprawić motorower. Była to ogromna pomoc. Trener Wardzała to z kolei wspomnienie czerwonej łady z przyczepką. Na każde zawody młodzi żużlowcy takim właśnie środkiem transportu podróżowali wraz ze swoim selekcjonerem. To był czas zdania licencji. Pierwsze zawody. Największy puchar dla Mirka. Odtąd, wszędzie, gdzie jechali ładą, Mirek stawał na podium i wracał z pucharem. Taka to była tradycja. Marian Wardzała potrafił pracować zarówno z młodzieżowcami, jak i z seniorami. Był oddany swojej pracy. Chciał osiągnąć ze swoimi wychowankami jak największe sukcesy. Bardzo często wracam pamięcią do tamtych chwil. Florian Kapała i Marian Wardzała to też trenerzy wymagający. Owszem, służyli pomocą, ale niejednokrotnie potrafili ustawić nas młodych do pionu. Bo najważniejsze to dotrzeć do zawodnika, czasem po prostu go obudzić. Zawsze coś znaleźli w jeździe, co było nie tak i o tym mówili. Rozmawiali z zawodnikiem. To była taka szczególna więź. Wszystko zostawało między nami. Nauczyli mnie pokory. A ja zawsze starałem się słuchać ich rad i brać je za dobrą monetę. – słyszę. To był też czas dużych sukcesów. Przypomnę chociażby srebro drużynowe Unii z 1994 roku.

Stanisław Kępowicz – człowiek o łagodnym usposobieniu. Zawsze można było z nim porozmawiać, pożartować. Chciał pomóc swoim podopiecznym osiągnąć to, co jemu w karierze się nie udało. Mirek dobrze wspomina tę współpracę. Finezja jazdy – to mnie u niego urzekło. Nie jeździł może zbyt długo przez tragiczne zdarzenie na torze, ale ta sylwetka i praca na motocyklu podczas biegu, to było coś.

Na koniec wspomnienie szkoleniowca kadry. Pan Marian Spychała (zmarł w 2015 roku) również jest wspominany przez Mirka jako człowiek surowy, u którego wszystko musiało być dopięte na przysłowiowy ostatni guzik. Ale w całej swej dokładności i wymaganiach też potrafił pogłaskać, poklepać czy pocieszyć zawodnika – mówi Mirek. Cóż, każdy z panów miał swoją receptę na sukces. To słowo padło już kilkukrotnie, więc tylko przypomnę – trenerzy nauczyli Mirka Cierniaka pokory. Pokazali, jaką rolę w osiąganiu sukcesów odgrywa praca z trenerem i szacunek do niego. Z perspektywy lat Mirek docenia też rolę swojego taty, który mimo, iż żużlem się interesował, nigdy w żaden sposób nie próbował podważać słów trenerów. Nie ingerował w ich pracę, a synowi powtarzał, że skoro taki zawód sobie wybrał, to teraz musi pracować w taki sposób, aby i szkoleniowiec był z niego zadowolony. Bo przecież gry w piłkę nożną (panowie trenerzy od kopanej – nic do Was nie mam) może nauczyć więcej osób, a żużla jednak o wiele węższe grono.

15311411_1339458132731557_2097329425_o

Fot. prywatne archiwum

Mirek pracuje zarówno z dorosłymi chłopcami, jak i z dzieciakami. Często dostrzega potrzebę zmiany podejścia rodziców. Bo czasem ci ostatni po prostu za bardzo chcą, może za wcześnie oczekują sukcesów. Nie zawsze wtedy potrafią przyjąć obiektywne słowo od trenera, próbują przejmować na siebie rolę sportowego autorytetu dla swojego dziecka. Stop! Skoro już decydujemy się komuś zaufać i powierzyć nasze dziecko w jego ręce, pozwólmy mu po prostu działać. Szkolenie na żużlu to bardzo długi proces. Od pierwszego kółka wykręconego na owalu do pierwszych punktów jest bardzo daleka droga. Setki tysięcy okrążeń, przygotowania na sali gimnastycznej, „krew, pot i łzy”… wszystko wymaga więc czasu i cierpliwości. Myślę, że żużel to trochę taki sport dla cierpliwych… Każdy taki jest. Ale ten ma z tą cierpliwością szczególnie dużo do czynienia. Można oczywiście promować swoje dziecko już w wieku 8 lat. Ale czy strony internetowe i fanpage’e w takim czasie to troszkę nie za wcześnie? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi.

I wracam jeszcze na chwilę do trenowania. Być dobrym trenerem, to być jakim trenerem? - pada pytanie. Być sobą. Trzeba wszystko robić z głową. Trzeba znaleźć drogę do każdego zawodnika indywidualnie. Mnie nie zależy na tym, żeby mnie wszyscy lubili, zależy mi na efekcie końcowym. Pierwszym etapem są rezultaty teraz, drugim będzie zdanie licencji, a trzecim sukcesy w dorosłym żużlu. Nie wolno nikogo skreślać. Zawodnik powoli dojrzewa, ciągle się uczy. Przykład? Jason Doyle – dostaję odpowiedź. Nie trzeba chyba Państwa przekonywać? A Mirek ma się czym pochwalić – w pierwszym roku startów w zawodach ogólnopolskich na mini żużlu jego drużyna wygrała nieoficjalną klasyfikację medalową. Ale jest skromny. O medalach dopisałam sama. On chce po prostu pracować i nie spoczywać na laurach. To wszczepia synowi Mateuszowi (reprezentant kraju i aktualny mistrz Polski na mini żużlu – przyp.red.), dla którego również jest bardzo wymagający. Często bardziej niż dla innych. Nie jest więc łatwo być synem trenera.

 

 

 

Kategorie i tagi: Historia, Kibice, Liga polska, ,