Wielu prezesów obejmujących klubowe stery, a także wielu trenerów podejmujących pracę z drużyną żużlową, często obiecują, że będą stawiać na rodzimych zawodników, najczęściej miejscowych. W trakcie sezonu szybko jednak okazuje się, że jeden słabszy występ miejscowego zawodnika może mu zapewnić długi bezpłatny urlop, a jego miejsce zajmuje zawodnik zagraniczny.

 

Na początku sezonu sternicy Włókniarza Częstochowa szczycili się hasłem „Teraz Polska”, które miało zwiastować stawianie na zawodników urodzonych w naszym kraju, a zwłaszcza wychowanków miejscowego klubu. Rafał Trojanowski, Artur Czaja i Mateusz Borowicz szybko jednak stracili miejsce w wyjściowym składzie częstochowskiego zespołu na rzecz Jacoba Thorssella i Nicolaia Klindta, czemu w gruncie rzeczy ciężko się dziwić. Wszakże Skandynawowie gwarantują lepszą zdobycz punktową, legitymują się wyższą średnią biegopunktową, a także potrafią rozstrzygnąć mecz na korzyść ekipy spod Jasnej Góry. Najświeższym przykładem jest 14 punktów Nicolaia Klindta w spotkaniu z Lokomotivem Daugavpils, dzięki którym zespół mógł dopisać do swojego dorobku trzy punkty meczowe. Martwi jednak forma, w jakiej polscy zawodnicy zostali zmienieni przez swoich zagranicznych odpowiedników, a także szybkość wprowadzenia tych zmian. Częstochowianie zostali odsunięci od składu po blamażu w Pile, gdzie drużynie startującej pod szyldem „Teraz Polska” (wzmocnionej Thomasem H. Jonassonem) udało się zdobyć  zaledwie 29 punktów. Pytanie brzmi dlaczego Thomas H. Jonasson po blamażu w Pile dostawał kolejne szanse, natomiast tej szansy nie otrzymali Rafał Trojanowski i Mateusz Borowicz? Czyżby zera zdobywane przez Szweda wyglądały w programie lepiej od tych zapisanych przy nazwiskach Polaków?

 

Podobny problem dotknął ostatnio Unię Leszno, w której do składu wraca Emil Sajfutdinov po przerwie spowodowanej kontuzją barku. Kibice leszczyńskiego zespołu zastanawiali się w czyje miejsce do składu wskoczy Rosjanin. Adam Skórnicki stanął przed trudnym wyborem, czy zastąpić słabo spisującego się Petera Kildemanda, czy odsunąć znajdującego się w lepszej dyspozycji Tobiasza Musielaka. I niestety jak to zazwyczaj bywa, na ławce w najbliższym spotkaniu będzie musiał usiąść wychowanek leszczyńskiego klubu, pomimo że w ostatnich spotkaniach Unii spisywał się lepiej od startującego w cyklu Grand Prix Duńczyka. Niestety dla „Tofeeka” jest to drugi sezon z rzędu, w którym musi walczyć o skład z zawodnikiem zagranicznym. I po raz drugi mimo, że nie jest w żaden sposób gorszy, to wydaje się, że klub faworyzuje obcokrajowca.

 

Zastanawiam się, co jest powodem podejmowania takich decyzji przez działaczy i trenerów polskich zespołów. Warto zwrócić uwagę, że wychowankowie często są mocno przywiązani do barw klubowych, co powoduje zwiększenie presji, którą niejako nakładają sami na siebie. Dodatkowo, problemem jest fakt, że następnego dnia po słabszym występie, czytając gazety, czy rozmawiając bezpośrednio z kibicami, mogą szybko przekonać się jak bardzo zawiedli sympatyków miejscowych zespołów. Takich wątpliwości nie mają nasi stranieri, którzy zazwyczaj 15 minut po występie pakują busa i nic nie robią sobie ze zdania miejscowych dziennikarzy i kibiców. Wychowankowie wykazują się także pełnym zrozumieniem, gdy decyzją trenera muszą oglądać spotkanie z sektora VIP lub podczas spotkania są zastępowani w ramach rezerwy taktycznej. Zrozumienie przez obcokrajowców wyższości interesu drużyny nad ich indywidualnym należy niestety do rzadkości. Szkoda tylko, że najmniej doceniają to poświęcenie wychowanków działacze, trenerzy, a także kibice.

Kategorie i tagi: Liga polska, , , , , , , , , , , , ,