Żużlowcy wyjeżdżając do każdego kolejnego wyścigu nigdy nie są pewni, czy właśnie ten start nie okaże się ostatnim w karierze. Nie mogą sobie pozwolić na jeden najmniejszy błąd, gdyż czarny sport potrafi być bardzo przewrotny. Jak często nic nieznaczący bieg rozstrzygniętych już zawodów zmienia się w heroiczną walkę o przetrwanie. Żużel nie lubi, kiedy się go lekceważy.

Właśnie dlatego ten specyficzny sport lubi przyciągać ludzi, którzy mają niesamowitą odporność psychiczną. Wyjeżdżając na tor trzeba wszystko wyrzucić z głowy, żeby czarne myśli nie storpedowały dobrej formy zawodnika. Nie można myśleć o ewentualnej kontuzji, bo rywale zostawią takiego delikwenta daleko z tyłu już na starcie. Jednak psychika żużlowca nie jest przecież ze stali. Jest to taki sam człowiek, jak każdy z nas i pod wpływem ogromnej presji podejmuje czasami decyzje, których nie będzie w stanie zrozumieć zwykły człowiek.

 Dzisiaj czas na przytoczenie kilku zawodników, których tragiczna historia być może stanie się przestrogą dla młodszych pokoleń, by pamiętać że żużel to tylko sport, a kariera skończy się po kilku latach i wtedy życie będzie trzeba poukładać pod kątem innych priorytetów.

 Kenny Carter – fantastyczny angielski żużlowiec, którego karierę (z racji mojego młodego wieku) mogłem poznać jedynie ze starych filmików oraz żużlowych książek. Jednak dorobek urodzonego w 1961 roku zawodnika nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z zawodnikiem wybitnym. Brytyjczyk trzykrotnie był finalistą Indywidualnych Mistrzostw Świata, gdzie w trzech kolejnych latach (1981 – 1983) zajmował piątą pozycję. Ponadto dwukrotnie zdobywał srebrny medal Drużynowych Mistrzostw Świata, a w Mistrzostwach Świata Par powiększył swój dorobek o kolejne dwa srebrne „krążki” oraz jeden złoty. Jego dorobek zamyka dwukrotne zdobycie tytułu Indywidualnego Mistrza Wielkiej Brytanii. Zawodnik tak bardzo nie potrafił znieść porażek w Indywidualnych Mistrzostwach Świata, że w 1986 roku w wieku zaledwie 25 lat, na swojej farmie wziął do ręki dubeltówkę i najpierw strzelił do swojej żony, a następnie do siebie.

 Marek Molka, Zbigniew Błażejczak – dwójka młodych zielonogórskich żużlowców, z których zwłaszcza drugi z wymienionych zapowiadał się na bardzo dobrego zawodnika. Mogą o tym świadczyć wysokie miejsca zajmowane w Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostwach Polski. W 1992 roku obaj zostali zatrzymani w związku z podejrzeniem o popełnienie zabójstwa, a dwa lata później zapadł wyrok skazujący ich na pobyt w więzieniu. Marek Molka w 1998 roku wyszedł z Zakładu Karnego na wolność, a w trakcie odbywania kary dostał kilka wyjść na przepustkę, w związku z dobrym sprawowaniem. W trakcie pobytu na „przepustce” starał się wyprosić od zarządu zielonogórskiego klubu zgodę na kontynuowanie kariery, jednak bezskutecznie. Klub z Myszką Miki na plastronie nie chciał przyjąć na treningi sportowca o zszarganej opinii, który będzie trenował tylko w czasie pobytu poza Zakładem Karnym. W momencie wyjścia Molka miał 31 lat i jak sam przyznał w jednym z wywiadów, kontynuowanie kariery w takim wieku było już bezcelowe. Nigdy zapewne nie dowiemy się co spowodowało, że dwójka młodych sportowców zdecydowała się na tak drastyczny krok.

 Żużlowcy czasami są jak górscy wspinacze, którzy starają się wspiąć na szczyt celem podziwiania wspaniałych krajobrazów. Góry tak jak żużel, potrafią być piękne, cieszą oczy cudownymi widokami, lecz w mgnieniu oka sytuacja może się zmienić o 180 stopni, a niedzielny spacerek w walkę o przetrwanie. Góry tak jak żużel – potrafią wykorzystać każdy najmniejszy moment słabości i nie lubią gdy się je lekceważy. Pamiętajmy o tym, gdy w niedzielny wieczór zasiądziemy na trybunach, by dopingować naszych ulubionych żużlowców, jak wielkie ryzyko czeka na nich podczas wyścigu i jak wielka presja przygniata ich ludzką psychikę.

Kategorie i tagi: Historia, , ,